search
REKLAMA
Archiwum

NIEZNISZCZALNI (2010)

Dawid Karpiński

3 grudnia 2018

REKLAMA

Mokry sen fanów kina akcji właśnie się ziścił, oto powstał film z udziałem największych gwiazd kina akcji. Wymarzony w dzieciństwie skład pewnie nie pokrywa się w stu procentach z obsadą Niezniszczalnych (mi brakuje Kurta Russela i JCVD) ale i tak jest nieźle, bo kogo tutaj nie ma: Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Eric Roberts, Mickey Rourke, czy mniej znany Steve Austin. Chyba tylko Stallone, który ma na koncie wybitne role Johna Rambo, Rocky’ego czy Ray’a Tango, mógł skupić wokół siebie takie tuzy. Krótki występ zaliczają nawet Bruce Willis oraz Arnold Schwarzenegger i to na dodatek obaj w jednej genialnej scenie ze Sly’em! Trzej giganci spotykają się w kościele nawzajem sobie dogryzając i przysięgam, że w trakcie wyświetlania tego nietypowego nabożeństwa, ściany kina aż drżały! Udziału odmówili Steven Seagal, Jean-Claude Van Damme i Chuck Norris. Van Damme po filmie “JCVD” uznał, że pora na bardziej ambitne kino, po czym spakował walizki i wybrał się do Bułgarii kręcić… trzecią część “Uniwersalnego Żołnierza” – nie mnie oceniać (przyznaję, że “Universal Soldier: Regeneration” jak na standardy straight to DVD, jest wcale niewąski). Za to sensei Steven ostatnio grywa w kilku totalnych chłamach rocznie – koniecznie sprawdźcie “Against Dark” – tym bardziej dziwi mnie, że nie znalazł czasu na coś poważniejszego i mainstreamowego. Może dobrze się stało, bo i tak czasu ekranowego ledwie starcza na tych, którzy się zgodzili na udział w tym ambitnym projekcie.

Tytułowi “Expendables” to zgrana ekipa najemników. Stallone użył wyświechtanych stereotypów. Oprócz doświadczonego przez życie dowódcy jest maniak noży, “karateka” oraz wielki murzyn, którego fetyszem jest ciężkie uzbrojenie. Nie zabrakło psychopaty, który ma spore opory przed zostawianiem przy życiu unieszkodliwionych przeciwników – w tej brawurowej roli Dolph Lundgren. Na szczęście, gwiazdy kina akcji świetnie wcielają się w swoje role i trudno mieć do kogokolwiek pretensje o brak oryginalności. Fabułę wyciągnięto wprost z ery VHS: podejrzane zlecenie polegające na wyeliminowaniu dyktatora. Pojawia się wątek honoru, teoretycznie utraconego, bo taka przecież jest natura zawodu najemnika, że nie może sobie pozwolić na rozterki moralne. Lecz w godzinie próby panowie jednoczą się, stawiając swoje życie na szali nie z powodu pieniędzy, ale dla zasad. Także Rourke dokłada swoje pięć groszy opowiadając mroczną historyjkę z wizyty w Bośni, po której zrezygnował z zawodu. Scenariusz aż roi się od śmiesznych i kozackich odzywek, charakterystycznych dla kina akcji minionej epoki, a jest ich tak dużo, że momentami trudno traktować film poważnie. Sala niejednokrotnie wybuchała śmiechem ale jak tu zachować powagę kiedy pytany o pracodawcę Stallone odpowiada łysemu jak kolano Austinowi: “Twój fryzjer!” Takich kwiatków jest mnóstwo i film nie stara się być przesadnie realistyczny, chociaż konkretnie przesadzonych sytuacji w stylu Transportera czy niedawnej Drużyny A, na szczęście tu nie ma.

Chwilami wydaje się, że tytuł powinien brzmieć Nieśmiertelni, bo najemnicy koszą równo całą armię wrogów. Już podczas dwuosobowego rozpoznania ginie znaczna liczba osób, a jest to tylko wstęp do finałowej jatki. Po cichu liczyłem na coś, co przebije rozmachem finałową masakrę z Johna Rambo, gdzie w bezkompromisowy sposób pokazano moc karabinów maszynowych, snajperskich i tym podobnych narzędzi do robienia kuku. W Expendables końcowa rozwałka staje się w pewnym momencie za bardzo chaotyczna, pocięta i w rezultacie męcząca. Rozpoczyna się nieźle, rewelacyjne ujęcia umieszczania ładunków i ciekawe pojedynki. Do akcji na pełnych obrotach wchodzą noże i naboje, które nie tyle uśmiercają, co wręcz anihilują przeciwników. Jednak pod koniec tej masakry czuć przesyt, ale jest to jedyny poważny mankament “Niezniszczalnych” – przez pozostałą część seansu trudno się nudzić. Kategoria R pozwala właściwie bez skrępowania pokazywać przemoc, która bywa mocno przesadzona, ale nigdy nie przekracza pewnych sensownych granic tak, jak np. groteskowo krwawy Punisher: War Zone. Szkoda, że budżet zamknął się w 80 milionach, bo niektóre uszkodzenia ciała wyglądają trochę cyfrowo. Z drugiej strony, prawie cały czas film trzyma poziom i oldschoolowy klimat. Stallone nie nakręcił wiekopomnego arcydzieła nad którym za kilkanaście lat będą debatować krytycy, ale w dzisiejszych czasach actionerów robionych pod kategorię PG-13, warto docenić ten surowy styl.

Tekst z archiwum film.org.pl

Avatar

Dawid Karpiński

REKLAMA