Recenzje

NIANIA W NOWYM JORKU. Scarlett Johansson i Chris Evans w nieudanej hybrydzie gatunkowej

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Na wstępie przymilimy się nieco zwolennikom spiskowej teorii dziejów i zwrócimy uwagę na pewne podejrzane zjawisko, które spędzało sen z powiek wszystkim Polakom kultywującym bożonarodzeniową tradycję. Mianowicie żadna, powtarzam – żadna komercyjna, tudzież państwowa stacja telewizyjna nie zdecydowała się na emisję jednego ze świątecznych klasyków – ‚Kevina w Nowym Jorku’. W międzyczasie na słupach informacyjnych zaczęto rozwieszać plakaty zachęcające nas do wizyty w kinie. Na pierwszym planie reklamy widnieje nieco skołowana Scarlett Johansson i naburmuszony małolat, oboje siedzą na kontrastującym z tłem napisie – Niania w Nowym Jorku. Czy tegoroczna absencja Kevina to sprawka masonerii pragnącej uzyskać większe profity z premiery amerykańskiej hybrydy gatunkowej (trudno znaleźć inne określenie dla połączenia komedii romantycznej i dramatu)? Nie wiem. Wiem jednak, że po wigilijnej wieczerzy, a przed mszą pasterską nie obejrzałem Kevina, a film o łudząco podobnym tytule to marny substytut perypetii McCallistera.

Całość opowiada o młodej i obiecującej studentce antropologii, która zupełnie przypadkowo postanawia stać się nianią. Jej podopiecznym zostaje mały Grayer – dziecko bogatych rodziców, którzy w codziennej gonitwie zapominają o tym, iż potomstwo w ogóle posiadają. Pozornie sielankowa praca szybko zaczyna transformować w pracę syzyfową. Dziecko nie chce współpracować, a niania staje się osobą, na której wyładowuje swe emocje lekko nieprzystosowana do życia w społeczeństwie zmanierowana pani domu. Dziewczyna zatrzymuje posadę tylko dlatego, że zaczyna czuć więź z nieszczęśliwym i nierozumianym przez rodziców dzieckiem i pewnym przystojnym, błyskotliwym i szarmanckim studentem Harvardu, który mieszka kilka pięter wyżej.

Film utrzymany jest w stylistyce badania socjologicznego prowadzonego przez tytułową bohaterkę. Ludzi nie znamy z ich nazwisk czy imion, ale z pseudonimów bądź umownych określeń. Mały Grayer jest więc ‚Hałabałą’, pani domu to ‚Pani X’, a jej mąż ‚Pan X’. Przystojniak z góry to po prostu ‚Harvard’. Anonimowymi nie są tylko ci, którzy zostają niejako poza eksperymentem – rodzina, przyjaciele, osoby znane przed rozpoczęciem nowej pracy. Gdyby to założenie zostało odpowiednio rozwinięte i z Niani w Nowym Jorku nie próbowano by robić kolejnej mało śmiesznej komedii romantycznej, film mógłby być czymś naprawdę ciekawym. Byłby wówczas trafną satyrą na zblazowane środowisko, które mimo ogromu czasu, uporczywie udowadnia wszystkim, a może przede wszystkim samemu sobie, że tego czasu wcale nie ma, że ich życie to istna męka – pełna wyrzeczeń, poświęceń i ciężkiej pracy.

Pozbawiona odpowiedniego zakończenia, czy próby wyciągnięcia wniosków z przeprowadzonego eksperymentu, Niania staje się kolejnym przeciętnym amerykańskim tworem przeznaczonym do jednorazowego obejrzenia i jak najszybszego zapomnienia. Młoda studentka w iście widowiskowy sposób uzmysławia matce, że dziecko to nie zabawka, której wystarczy wyprawić urodziny i zapewnić ciepły posiłek. Ale zastanówmy się czy w normalnym świecie wewnętrzna przemiana zmanierowanej mamy byłaby w ogóle możliwa? I czy autorytetem okazałaby się nastoletnia opiekunka? Wysoce nieprawdopodobne i typowo amerykańskie.

Zamiast porcji porządnego kina społecznego, otrzymujemy więc wspomnianą we wstępie hybrydę gatunkową, która – jako że pochodzi z połączenia dwóch skrajnie odmiennych rodzajów – staje się fuzją na swój sposób kaleką, pozbawioną solidnej dawki humoru, którą powinna podarować nam komedia i głębszej analizy problemu „dzieci bogatych rodziców”. Oferuje nam jedynie kilkadziesiąt minut kolorowego obrazu i dźwięku w systemie Dolby Surround.

Ostatnio dodane