Recenzje

NA GŁĘBOKĄ WODĘ. Gdy ambicje przerastają umiejętności

Czy wysoka cena marzeń powinna powstrzymywać nas przed próbami ich zrealizowania?

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Przed seansem filmu Jamesa Marsha (reżyser m.in. Teorii wszystkiego) nie miałem pojęcia, kim był Donald Crowhurst i jakiego wyzwania się podjął. Nie znałem historii wielkiego rejsu i wszystkiego, co za nim stało. Jeśli cechuje was podobna ignorancja w tym temacie, to w żadnym razie nie musicie śpieszyć się z wyprawą na Wikipedię. Brak wiedzy pozwala bowiem obserwować te wydarzenia tak jak ludzie sprzed pięciu dekad – z mieszanką obaw i wielkich nadziei. Niepewność co do losu Donalda i wyniku wyścigu sprawiają, że każdą trudność i przeszkodę na jego drodze odbieramy nerwowo i z trwogą. Świetny i nacechowany subtelnością występ Colina Firtha pozwala nam zrozumieć pobudki filmowego Crowhursta, dzięki czemu naprawdę trudno jednoznacznie potępić jego niełatwe decyzje.

Donald jest bowiem marzycielem spoglądającym tęsknie w kierunku horyzontu i to niezależnie od tego, co do tej pory osiągnął. Rodzina, dom i nie najgorzej prosperujący biznes dają mu radość, ale nie prawdziwą satysfakcję. Mężczyzna pragnie zostać zapamiętany jako ktoś, kto dokonał czegoś wyjątkowego.

Samotna wielomiesięczna żegluga, starcie z żywiołem i konieczność polegania wyłącznie na sobie – nie sposób nie dostrzegać w tym pewnego romantyzmu

Kiedy więc ogłoszono konkurs na najszybsze samotne okrążenie świata, Donald wiedział, że to jest jego szansa na wielkość. Postanowił zbudować własny okręt i stanąć za jego sterem pomimo braku doświadczenia w dłuższych rejsach. Z czasem zaczęły się jednak pojawiać kolejne trudności, a rosnąca z każdym dniem presja ze strony inwestorów, prasy i lokalnej społeczności sprawiła, że w gruncie rzeczy rozsądny człowiek został niejako zmuszony do postąpienia wbrew własnym przeczuciom. Im bliżej dnia wypłynięcia, tym więcej wątpliwości w sukces przedsięwzięcia – w końcu dochodzi do nas, że to nie będzie ckliwa i podnosząca na duchu historyjka.


James Marsh nie ocenia jednoznacznie swojego bohatera i przedstawia go z dużym zrozumieniem. Reżyser nie udaje jednak, że decyzje Donalda nie miały ogromnego wpływu na jego żonę i dwójkę dzieci. Partnerka protagonisty (Rachel Weisz) nie jest wyłącznie obiektem tęsknoty samotnego Crowhursta – to także zaangażowana matka i silna kobieta, która rozumie romantyczne marzenia swojego męża, nawet jeśli wiąże się z nimi tak duże ryzyko. Być może zostaje ona nieco zaniedbana przez scenarzystę, ale należy docenić, jak zgrabnie przedstawił on dramatyczne przeżycia całej rodziny Crowhurstów bez popadania w przesadną ckliwość. Podobnym wyważeniem charakteryzuje się reżyseria Marsha, który oszczędza nam obłąkańczych monologów i gniewnego wznoszenia rąk ku niebiosom. Przemiana Donalda postępuje stopniowo i wiarygodnie, a rewelacyjny Firth pozwala nam zapomnieć, że oglądamy znanego aktora – zamiast niego widzimy zdesperowanego człowieka porywającego się z motyką na słońce. Innym przejawem twórczej powściągliwości jest oszczędność w warstwie muzycznej – reżyser i kompozytor często trzymają orkiestrę w ryzach, pozwalając należycie wybrzmieć dźwiękom morza i elementów jachtu.

Imponujące zdjęcia i zapadające w pamięć kadry pomagają urzeczywistnić iluzję morskiej tułaczki i zarazem zrozumieć zamiłowanie do przemierzania bezkresu oceanu. Na szczęście całe to piękno zostaje zrównoważone niebezpieczeństwem i niekończącymi się trudami – dzięki temu Na głęboką wodę ani przez chwilę nie wydaje się wzniosłą laurką ani surowym kazaniem. Postać Donalda Crowhursta i jego decyzje są mocno niejednoznaczne i każdy widz ma okazję samodzielnie się ustosunkować do tego tematu. Niezależnie od ewentualnego werdyktu należy jednak zadać sobie pytanie: gdzie byłby świat, gdyby nie szalone marzenia i śmiałe próby ich realizacji?

Ostatnio dodane