Recenzje

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ. Netflix i dygresyjny SURREALIZM

Proza życia zmienia się w filmowy poemat.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

Może pora z tym skończyć Charliego Kaufmana to film, który rozrasta się, pęczniejąc ponad miarę. Jak prolog Bękartów wojny, w którym pułkownik Hans Landa (Christoph Waltz) gawędzi sobie z mleczarzem Perrierem LaPadite (Denis Ménochet). Prosta w założeniach rozmowa między nimi przechodzi z jednej dygresji w drugą i rozkręca jak sprężyna. Czas, miejsce i kontekst spotkania stają się mniej ważne od rozmowy samej w sobie, choćby dotyczyła picia mleka lub palenia fajki. Wydaje się, że czas w filmie zaczyna zwalniać lub/i wydłużać się, a centrum wszechświata jest dwóch dyskutujących bohaterów. Dialogi u Kaufmana są może nieco mniej zawadiackie i przebojowe niż u Quentina Tarantino, ale obu panów łączy zamiłowanie do umieszczania fascynujących rozmów o niczym w swoich filmach. W Może pora z tym skończyć pogaduchy o pracy zamieniają się w filozoficzne rozważania, a podjechanie do przydrożnego kosza, żeby wyrzucić kubek, urasta do rangi ekspedycji. To nie jest film o łatwych rozmowach, tylko o ciekawych.

Zaczyna się od tego, że Jake (Jesse Plemons) zabiera swoją dziewczynę (Jessie Buckley) na odludną farmę jego rodziców. On bardzo chce tego spotkania, a ona nie jest przekonana. W rzeczywistości nie może przestać myśleć, że może pora z tym skończyć. Czy chodzi jej o wizytę, o związek, a może o życie? Trudno powiedzieć. W każdym razie myśli o tym tak intensywnie, że Jake zdaje się to słyszeć i pyta, czy coś mówiła. Kiedy dojeżdżają na miejsce, Jake oprowadza zmarzniętą dziewczynę po farmie, a potem przedstawia swoim rodzicom. Matka (Toni Collette) to kłębek nerwów, do tego słyszy w głowie brzęczenie, a ojciec (David Thewlis) sprawia wrażenie otępiałego. Mimo swoich ograniczeń oboje są podekscytowani wizytą syna i jego sympatii. Choć nie nadążają za każdym poruszonym tematem, chętnie słuchają. A kiedy opowiadają niezręczne anegdoty z czasów, gdy Jake był dzieckiem, chwilami zaczyna robić się nieprzyjemnie. Za to w okolicach deseru rozkręca się prawdziwa surrealistyczna karuzela.

Czas w filmie Może pora z tym skończyć zaczyna się rozpadać. Zamiast płynąć linią prostą w jednym kierunku, zmienia się w mozaikę, a wydarzenia zyskują poetykę snu. Dziewczyna Jake’a schodzi po schodach i za każdym razem trafia na jego rodziców w innym wieku. Raz są znacznie starsi, wręcz umierający, a raz młodsi i pełni życia. Zmienia się zawód dziewczyny Jake’a, a nawet jej imię. Kaufman miesza ze sobą czasy i alternatywne wersje wydarzeń, w czym przypomina Wojciecha Jerzego Hasa i jego Sanatorium pod klepsydrą. Tam też główny bohater Józef (Jan Nowicki) przechodzi po tytułowym ośrodku i mija sceny z udziałem swojego ojca, który jeszcze przed chwilą był ciężko chory. Jak tłumaczy mu doktor Gotart (Gustaw Holoubek), w sanatorium „cofnęliśmy czas, spóźniamy się tu z czasem o pewien interwał, którego wielkości niepodobna określić”. W efekcie Józef znowu widzi swojego ojca w pracy, zdrowego i pełnego sił, tyle że z przeszłości. Kaufman, podobnie jak Has, rozbija strukturę czasu i manipuluje nim wedle uznania.

Może pora z tym skończyć zamienia banały i prozę życia w filmowy poemat dygresyjny. Robi to bez zapowiedzi, coraz bardziej wnikając w psychikę bohaterów, zostawiając realizm na drugim planie. Paradoksalnie w ten sposób film robi się o wiele bardziej angażujący niż tradycyjny dramat. Tego typu kino – filozofujące bez zadęcia i smutne bez przynudzania – udaje się bardzo rzadko. Kaufman jest znakomity w te klocki (Anomalisa, Być jak John Malkovich), a Może pora z tym skończyć kontynuuje jego dobrą passę. To niebywałe, zwłaszcza we współczesnym kinie, by poetyka snu i filozoficzne zacięcie szły w parze z dialogami pełnymi trudnych emocji. I każda rozrośnięta ponad miarę scena zamiast nudzić – angażuje coraz bardziej. Tak samo jak rozmowa pułkownika Hansa Landy z mleczarzem w prologu Bękartów wojny Quentina Tarantino.

Ostatnio dodane