search
REKLAMA
Archiwum

MOON. Kameralnie, prosto i magicznie

Przemysław Brożek

28 października 2017

REKLAMA

Moon to także (a może nawet przede wszystkim) genialna kreacja Sama Rockwella. Właściwie od strony formalnej mamy tu do czynienia z monodramem, ale świadomość ta zupełnie nie naprzykrza nam się w trakcie seansu. Można spokojnie powiedzieć, że Rockwell wypełnia sobą większość fabuły, nie pozwalając nam przyłapać go na tym, że właściwie mamy już prawo mieć dosyć jego neurotycznego bohatera. Jego rola to coś zupełnie wyjątkowego. I trzeba przyznać, że genialnym wyczuciem i umiejętnością stosowania aktorskich środków wyrazu wniósł do filmu naprawdę wiele.

W stopce znajdziemy też informacje o tym, że na ekranie pojawiło się kilku innych aktorów. Są to jednak role na tyle epizodyczne, że nie warto poświęcać im większej uwagi. Mimo to nie pozostają one bez wpływu na rozwój fabuły i ewolucję głównego bohatera. Spory wkład wniósł wymieniony już wyżej Kevin Spacey. Jednak jego rola ogranicza się do podkładania głosu (który to zresztą jest głosem komputerowo przetworzonym). Dlatego też jak ktoś chce wybrać się na film, aby podziwiać kunszt tego aktora, może czuć się lekko rozczarowany. To raczej rola, o której dowiadujemy się z napisów końcowych. Na czas filmu zamienia się on po prostu w głos robota, z którego to zadania wywiązuje się znakomicie.

W ogóle cały ten majestatyczny klimat Księżyca, widzianego z perspektywy lunarnej ciężarówki jadącej za potężnym górniczym kombajnem, potrafi pochłonąć widza zupełnie. Scena, w której Sam jedzie aż do granic czarnego horyzontu, by zbadać pewną tajemnicę, i patrzy w stronę nieba, jest po prostu magiczna. Co ważne, takich scen jest znacznie więcej. Film z biegiem czasu naprawdę wciąga, a momentami nawet wzrusza i powoduje ciary. Tych, którym wydaje się, że będę mieli do czynienia z sennym, kosmicznym monodramem, może zaskoczyć, że momentami dostają całkiem solidny fantastycznonaukowy thriller. Już dawno nie było czegoś takiego na kinowych ekranach. Jak się głębiej zastanowić, to bardzo, bardzo dawno. Po prostu moc w pięknym, oldschoolowym wydaniu. Jeżeli lubicie klimaty w stylu 2001: Odyseja kosmiczna, Łowca androidów, Odległy ląd , Otchłań, etc., jeżeli nie reagujecie alergicznie na takie nazwiska jak Kubrick, Tarkowski czy Szulkin, to mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to obraz, na jaki długo czekaliście. Trochę filozoficzny, mocno oldschoolowy, taka magiczna podróż w jakieś przykurzone, fantastycznonaukowe obszary. Mógłbym wygłosić znacznie więcej peanów pod adresem tego tytułu, ale nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze Moon nie widzieli. Film oczywiście (jak zdecydowana większość obrazów w ramach tego gatunku) ma pomniejsze wady, do których na siłę można by się nawet przyczepić, ale z powodzeniem możemy je wrzucić do szuflady pt. “detale zupełnie nie psujące całościowego odbioru”.

Brawa i jeszcze raz brawa. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest ostatni obraz w ramach gatunku nakręcony przez Duncana Jonesa, bo widać, że reżyser ma ogromny potencjał na robienie porządnego kina rodem ze starej, Kubrickowskiej szkoły (w dobie blockbusterowego szaleństwa rzecz zupełnie wyjątkowa). Zapraszam wszystkich w podróż na ciemną stronę srebrnego globu. Trochę filozoficzną, trochę retrospektywną, z pewnością zaspokajającą głód wielu widzów na dobre sci-fi w starym stylu!

Tekst z archiwum film.org.pl.

Avatar

Przemysław Brożek

REKLAMA