Recenzje

MOON. Kameralnie, prosto i magicznie

Wyjątkowy dobry film science fiction w starym stylu.

Autor: Przemysław Brożek
opublikowano

Moon – prosty tytuł i prosty zdawałoby się temat. Przyzwyczailiśmy się, że obiektem westchnień fantastycznonaukowych scenarzystów jest jakaś odległa galaktyka, najlepiej z egzotycznymi światami i formami życia, które przekraczają nasze ziemskie pojęcie. W ostateczności Mars lub bardziej odległe rejony Układu Słonecznego. A tu proszę – Księżyc. Po prostu. Kogo to dzisiaj obchodzi – nasuwa nam się na myśl. I to jest właśnie siłą tego filmu.

Już pierwsze kadry ukazują nam prawdziwą potęgę srebrnego globu. W Księżycu jest jakaś magia. Od wieków nas fascynował, od wieków spoglądamy w jego stronę z uczuciem zaciekawienia i podziwu. Wiemy, że chowa przed nami jakąś tajemnicę. Pozornie jest na wyciągnięcie ręki, przez co traktujemy go trochę z przymrużeniem oka. No bo kto by się tam przejmował jakimś banalnym księżycem? Obiekt na wskroś skatalogowany i oswojony, codziennie nam towarzyszy i właściwie wszystko na jego temat wiemy. A jednak Księżyc ma w sobie coś z majestatu niezbadanego ludzką stopą, arktycznego pustkowia. Jakąś mistyczną zagadkę. I widać, że reżyser to czuje. Widać to w każdym potraktowanym z pietyzmem kadrze ze srebrnym globem w tle. Już pierwsze sceny przykuwają uwagę. Otrzymujemy jasny komunikat – to będzie wyprawa na Księżyc, jakiego nie znacie. Poważna wycieczka w głąb ludzkich lęków i fascynacji, rozsiądźcie się zatem wygodnie i pozwólcie poprowadzić w nieznane.

Reżyser Moon zdaje się być takim właśnie retro inżynierem.

Film zaczyna się od wprowadzenia (na tyle długiego, aby naświetlić kontekst i na tyle krótkiego, by nie znużyć), które wiąże ludzką obecność na Księżycu z kwestią pozyskania cennych surowców. Potem widzimy księżycową bazę i zapierające dech w piersiach lunarne krajobrazy. Wnętrze owej bazy jest raczej oldschoolowe. Właściwie z jednej strony jest nowoczesne i sterylne, z drugiej jakby lekko zużyte. Widać, że ktoś tu mieszka, korzysta z urządzeń, zostawia po sobie bałagan, itd. Brawo (nareszcie ktoś dostrzegł istotność takich banałów)! Ta sama uwaga dotyczy genialnej postaci inteligentnego, bazowego robota. Na dobrą sprawę mógł to być przecież jakiś androidalny, encyklopedyczny geniusz z ludzką powłoką. Zamiast tego mamy pociesznego GERTY (któremu głosu użycza sam Kevin Spacey). Kawał poczciwego, ale jednocześnie chłodnego żelastwa z „duszą”. Widać, że jest mocno wyeksploatowany, porysowany, przybrudzony, z fiszkami przyklejonymi tu i ówdzie. Z wyglądu przypomina coś na kształt pokładowego kombajnu, z panelem głosowym, mechanicznymi ramionami i małym, plazmowym ekranem z emotikonami w stylu popularnego internetowego komunikatora. Kupujemy tego robota bez dwóch zdań. Jest taki, jaki powinien być. Ani wydumany, ani przesadnie poczciwy. Jest po prostu wiarygodny (ta uwaga dotyczy zresztą większości filmowych dekoracji – pozornie niezbyt ważnych przedmiotów, zrobionych z ogromną pasją i pietyzmem). Głos GERTY’ego mocno kojarzył mi się z głosem z kultowej Sid Meier’s Alpha Centauri (miły, beznamiętny, metodyczny).

Twórcy ujawnili, że dla potrzeb filmu modele księżycowych pojazdów i urządzeń zostały odwzorowane w miniaturowej skali i kręcone jako pełnowymiarowe. Kto by pomyślał, że odkurzanie takich archaicznych technik w dobie wszechobecnych komputerowych efektów jest w ogóle możliwe? A jednak, i zaprocentowało to wyjątkowo wiarygodnym i klasycznym wręcz przedstawieniem ukazanych w filmie pojazdów, maszyn i urządzeń. Po prostu wygląda to nieco inaczej niż drażniące CGI, do jakiego kino sci-fi ostatnimi laty nas przyzwyczaiło. Inaczej w tym przypadku oznacza po prostu lepiej. Jakby reżyser nie bał się korzystać z genialnego dorobku swych wielkich poprzedników w tej materii. Podobno w dobie dwudziestowiecznego wyścigu kosmicznego rosyjscy naukowcy, pomimo dostępu do najnowocześniejszych urządzeń, większość obliczeń nadal wykonywali za pomocą ołówka i papieru. Reżyser Moon zdaje się być takim właśnie retro inżynierem. Jakby chciał nam powiedzieć – komputery komputerami, ale nie zapominajmy, jak trzyma się ołówek. Nie jest też tajemnicą, że film powstawał w okresie pamiętnego strajku scenarzystów. Spowodowało to wstrzymanie innych produkcji kręconych w studiach Shepperton. Jak stwierdził sam Duncan Jones, ów zbieg okoliczności pozwolił mu zatrudnić przy filmie najlepszych fachowców od efektów specjalnych (jako że w związku z ww. strajkiem nie mieli oni niczego ważniejszego do roboty).

Ostatnio dodane