Recenzje

MISS AMERICANA. Niczym koncert Taylor Swift na warszawskim Narodowym

Działa jako obraz przedstawiający patologie branży muzycznej. Nie do końca działa jako obiektywna historia Taylor. Chwilami przebrzmiały, zbyt patetyczny PR artystki. Nie zmienia to faktu, że sam seans powinien okazać się całkiem przyjemny.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

"Miss Americana" kontra świat

Najnowszy dokument o Taylor Swift jest niczym jej ostatnia płyta czerpiąca z gatunku country, Red. Nietendencyjny, elastyczny, potrafi nawet absorbować widza – a jeszcze bardziej fana – i zaprasza do zapoznania się z „cierpkim” jestestwem wokalistki. Historia ta pokazuje, że za każdym małym (jak i wielkim) sukcesem schowane są gorzkie nieprzyjemności, a wokalistka jedynie na scenie ma szansę uciec od zgiełku. A przed ekranem trochę pokłamać. W żywe oczy.

Twórcy przedstawiają obraz dziewczyny, którą zawistne słowa tną jak maczety.

To paradoks, bo właśnie wtedy, obserwowana przez tysiące fanów przybyłych z różnych egzotycznych zakątków, powinna czuć się stłamszona, wiecznie ściśnięta. Stadionowy wojeryzm okazuje się dla Taylor kluczem do odetchnięcia, nic bowiem nie uwzniośli wokalistki tak, jak uczuciowe docenienie jej ciężkiej pracy. I o tym jest ten film. O pokonywaniu przeszkód; o dziewczynie, a następnie kobiecie, która dzięki swej ciężkiej pracy stanęła naprzeciw niszczycielskiemu środowisku muzycznemu. Twórcy przedstawiają obraz dziewczyny, którą zawistne słowa tną jak maczety. Poraniona, idzie naprzód, a odwetowe okaleczenia zadaje ze zdwojoną siłą. A wszystko to opakowane w czysto subiektywnym, połyskującym się papierku. Całość się błyszczy, ale w tym krystalicznym, lustrzanym odbiciu nie zobaczymy siebie. To jej historia, nie nasza. Niby z bajki, lecz przypominająca zatrważający, dokuczliwy thriller. Nie powiążemy jej z naszym życiem, nie wczujemy się, to dosłownie inny świat, odmienna percepcja, mentalność. Pozostaje zatem bacznie obserwować. Nie musieliśmy jej wcześniej usłyszeć, by połapać się, co artystka pragnie mam przekazać. To jej walka, jej życie, jej zmartwienia. Ale dlaczego nie mielibyśmy wspierać Taylor w trudnych chwilach, skoro co mniej więcej dwa lata oferuje nam pamiętne, taneczne hymny? Ponieważ Miss Americana nie jest koncertem zagranym bez jakiegokolwiek fałszu.

Mówi się, że Taylor Swift po nieudanym albumie Reputation powróciła na salony z atrakcyjną, ckliwą ofertą, jaką jest Lover, jej najnowsze wydanie z 2019 roku. Miss Americana, bo tak o sobie mówi w jednym z utworów, stara się rozliczyć z uczuciowo-medialną przeszłością, a dopełnieniem zgrabnie wyśpiewywanych słów ma być ten dokument, półtoragodzinne doświadczenie filmowe opowiadające o najważniejszych wzlotach i upadkach piosenkarki. Tworząc, śpiewając, nagrywając najnowszy krążek, Swift wspomina kluczowe momenty, które wpłynęły na nią jako nie tylko artystkę, ale i muzyczną figurę niebojącą się wkraczać na nowe terytoria, a także wykorzystywać swojego głosu do wzniosłych, szczytnych celów. Ta wędrówka mogła być doświadczeniem wręcz cudownym, sterylnym w swej prostocie, uczciwym, pełnym nienagannych emocji bez oszukańczych nut. I w większości takowa jest, ale, co z żalem muszę przyznać, tej sumiennej rzetelności chwilami zabrakło.

Momentami Swift i jej ekipa zręcznie reżyserują swój spektakl, grają akordy, których dźwięki znają na pamięć i których role przypisane są nieetycznym celom.

Momentami Swift i jej ekipa zręcznie reżyserują swój spektakl, grają akordy, których dźwięki znają na pamięć i których role przypisane są nieetycznym celom. Znajdziemy tu sceny powiązane z brudną manipulacją widza, choć jest ona niczym ledwie draśnięte struny w gitarze akustycznej – praktycznie niesłyszalna (w tym wypadku niewidoczna). Swift płacze, kiedy chce płakać, kiedy ma to napisane w scenariuszu. Sam widz natomiast wzrusza się, kiedy twórcy to na nim wymuszą. Tylko te drugie emocje są w pełni autentyczne. A nie wystąpią zawsze, bo filmowy weteran, niczym audiofil, od razu wyłapie czytelne zgrzyty, co prędko zostawi mu ten sardoniczny uśmiech na twarzy. Z bezwzględną ironią oglądamy dokumenty, które emocjonalnie knują przeciwko nam. Rzecz jasna, opisane przeze mnie zabiegi pełnią funkcję filmowych, kosmetycznych ubarwień; jeżeli zgodzimy się na taki rodzaj traktowania, reszta seansu okaże się nieco patetyczną, aczkolwiek wdzięczną rozrywką.

Bacznie obserwujemy tutaj cynizm i charyzmę Taylor, bo okazuje się ona świetną, niezwykle pojętną obserwatorką atakującej jej rzeczywistości. Z biegiem lat coraz bardziej rozumie swoją przeszłość, a także z większym dystansem przygląda się muzycznej przyszłości. Wspomnieniami wraca do wydarzeń, które w jakiś sposób (do dziś) zostawiły powolnie gojące się rany, a także z dozą sentymentalizmu wspomina swoje początki, miłostki, uczucia małe i duże, jak i fundament rodziny, do którego i dzisiaj jest tak mocno przywiązana. Konsekwentna narracja wydaje się prostym, przemyślanym rozliczeniem ze swoim życiem, chociaż nie ma tu jednego, pierwszoplanowego wątku. Słowa i obrazy przeplatają się wraz z ówczesnymi wydarzeniami, a niepublikowany dotychczas materiał powinien zainteresować co ciekawszych widzów. Jest to gładkie, zgrabne, a przy tym z całkowitym rozmachem (tak bowiem Swift obrazuje swój autoportret). Może dlatego całokształt kompozycyjny utrzymał mnie do samego końca opowieści.

Ten potok słów, samoświadomy monolog, przypomina koncert na fatalnie, jeśli chodzi o dźwięk, zorganizowanym obiekcie. Analogicznie? Warszawski Stadion Narodowy. Z jednej strony jesteśmy szczęśliwi, że mamy możliwość odczuwania ulubionej muzyki. Do tego na żywo! A jednak dźwięk zlewa się w jedną maź, utwory brzmią fałszywie, ba, destrukcyjnie, a motywy przewodnie sztandarowych piosenek odgadujemy po dwóch minutach. I taka jest Miss Americana. Jej kłamliwość i wszechobecna górnolotność psują dostrzegalne przebłyski wartościowego materiału.

Ostatnio dodane