Recenzje

MISJA GREYHOUND. Okręt Toma Hanksa

Dzieło Schneidera i Hanksa, pomimo kilku niezaprzeczalnych wad, pozostaje porządnie zrealizowaną, dobrze obsadzoną i trzymającą w napięciu produkcją. Tylko tyle i aż tyle - misja wykonana, można wracać do portu.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Nieustannie powracam do opowieści o II wojnie światowej, ponieważ prowokują one jedno fundamentalne pytanie: jak ja bym się wtedy zachował?” – w ten sposób odtwórca roli Forresta Gumpa wyjaśnia na łamach Empire Magazine swoją fascynację wojennymi historiami. Na platformę AppleTV+ trafiła kilka dni temu Misja Greyhound – kolejna osadzona w realiach II wojny światowej produkcja, w której Tom Hanks gra pierwsze skrzypce (zarówno jako aktor, jak i scenarzysta).

Film, oparty na powieści The Good Sheppard C.S. Forestera, wyróżnia się wśród amerykańskich widowisk wojennych tym, że akcja w całości (poza dwoma drobnymi retrospekcjami) osadzona jest na Atlantyku. Głównego bohatera poznajemy już na tytułowym statku – Ernest Krause wstaje z łóżka, odmawia poranny pacierz, przygląda się przez moment prezentowi od ukochanej, a następnie wyrusza na mostek, aby nadzorować swoją pierwszą transatlantycką eskortę. Odpowiedzialny jest za ponad 30 statków towarowych, na których znajduje się bezcenny dla aliantów ładunek. Wkrótce wsparcie lotnicze zawraca do bazy, a Greyhound, wraz z kilkoma innymi niszczycielami i kilkudziesięcioma bezbronnymi towarowcami, zostaje rzucony na pastwę niemieckich U-Bootów.

Jak na standardy amerykańskich filmów wojennych Misja Greyhound jest dziełem zaskakująco kameralnym. Dramaturgia budowana jest tu w sposób wyjątkowo oszczędny, a zarazem efektywny – ujęcia ograniczają się w dużej mierze do zbliżeń na twarze członków załogi lub elementów zewnętrznych i wewnętrznych statku. W ten sposób udaje się stworzyć przekonujące wrażenie klaustrofobii. Marynarze są przecież w pewnym sensie uwięzieni na statku – jeżeli Greyhound zostanie trafiony, to zatoną wraz z nim. Gorzej sytuacja wygląda, gdy następuje odjazd kamery, a akcja prezentowana jest ze znacznie szerszej perspektywy. Wówczas do gry wkracza natrętne CGI, które sprawia, że statki (zwłaszcza podwodne), torpedy i inne tego typu obiekty wyglądają jak żywcem wyjęte z World of Warships. Innymi słowy, mało realistycznie. I choć nie ma takich ujęć w Misji Greyhound zbyt wiele, to i tak w głowie pozostaje nieprzyjemny dysonans.

Bohaterowie, na czele z Krausem, charakteryzowani są w filmie Aarona Schneidera poprzez działanie.

Kameralna jest Misja Greyhound również pod względem bohaterów. Oczywiście punktem centralnym jest postać odgrywana przez Toma Hanksa, który raz jeszcze staje na wysokości zadania. Kreuje fikcyjnego Ernesta Krausego przy użyciu niewielkiej ilości środków ekspresji. Nie odnajdziemy w Misji Greyhound heroicznych monologów, krzyków rozpaczy czy spazmów bólu. Bohaterowie, na czele z Krausem, charakteryzowani są w filmie Aarona Schneidera poprzez działanie. To, jakim człowiekiem jest kapitan tytułowego niszczyciela, musimy wywnioskować sami – do analizy otrzymujemy podjęte przez niego decyzje, sposób, w jaki zwraca się do swoich współpracowników, oraz, last but not least, twarz Hanksa, na której nigdy nie goszczą skrajne emocje. Miła odmiana względem filmów, w których podobne rzeczy są wykrzykiwane do ucha i wbijane młotkiem do głowy jednocześnie.

Znacznie mniej subtelni są twórcy Misji Greyhound, jeśli chodzi o portretowanie Niemców. Wrogów załogi dowodzonej przez Hanksa nigdy nie widzimy jako ludzi, przez znaczną część seansu funkcjonują oni jedynie pod postacią podstępnych łodzi podwodnych, torpedujących znienacka amerykańskie statki. Gdyby do tego się w ich wizerunku ograniczono, to jeszcze można byłoby to zaakceptować (tłumacząc takie bezosobowe postrzeganie jako perspektywę alianckich marynarzy). Twórcy Misji Greyhound poszli jednak o krok dalej, dodając dwie sceny, w których okrutnym Niemcom udaje się „włamać” na amerykańskie częstotliwości radiowe. Straszą oni wówczas swoich przeciwników, zapowiadając ich rychłą śmierć; podają się za wygłodniałą watahę i wydają odgłosy, które mają przypominać wycie wilków. Efekt – niemieccy marynarze przedstawieni jako psychopaci, czerpiący niewysłowioną przyjemność z zabijania, stojący w kontrze względem cywilizowanych, walczących o wolność Amerykanów. Wystarczy obejrzeć Okręt Wolfganga Petersena, aby przekonać się, że to przecież też byli ludzie, a nie krwiożercze zwierzęta.

Nie wątpię, że informacja o kolejnym wojennym dramacie z moim udziałem wywoła reakcje pokroju: »Co? Znowu? Dlaczego?«” – pisze dalej w swoim artykule Hanks. Dopóki jednak film trzyma określony poziom, te pytania okazują się drugorzędne. Dzieło Schneidera i Hanksa, pomimo kilku niezaprzeczalnych wad, pozostaje porządnie zrealizowaną, dobrze obsadzoną i trzymającą w napięciu produkcją. Tylko tyle i aż tyle – misja wykonana, można wracać do portu.

Ostatnio dodane