Recenzje

MIŁOŚĆ DO KWADRATU. Polska komedia romantyczna od Netflixa

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Długo musieliśmy czekać na pierwszą polską komedię wyprodukowaną przez Netflix. Może za długo, ponieważ w tym czasie konkurencja w postaci np. TVN-u intensywnie eksploatowała Warszawę, loftowe apartamenty, pracę w korporacjach, reklamie, ludzi sukcesu medialnego i podobnie stałe elementy świata przedstawionego w komediach romantycznych. Tym bardziej oczekiwania co do Miłości do kwadratu powinny być wysokie. Co ciekawe, od kilku dni słyszałem w mediach reklamy Listów do M. 4 udostępnionych na platformie player.pl. Nigdzie natomiast, na żadnym kanale społecznościowym ani w telewizji, nie było żadnej kampanii promującej historycznie pierwszą polską komedię romantyczną od Netflixa. Czyżby nie zaplanowano żadnej kampanii promocyjnej filmu? Tym bardziej miałem wątpliwości, czy zobaczę w produkcji Filipa Zylbera coś, czego jeszcze nie widziałem w tym gatunku polskiej rozrywki.

Miłość do kwadratu jest wielce zmarnowaną szansą Netflixa na zrobienie czegoś innego w gatunku komedii romantycznej.

Zacznijmy jednak najpierw od dźwięku i dykcji aktorów. Przygotowałem się na standardowe nadstawianie uszu, do którego przyzwyczaił mnie polski film, a tu zdarzyła się niespodzianka. Rozumiałem to, co mówiła zarówno Adrianna Chlebicka, jak i Mateusz Banasiuk. Nie mogło być jednak perfekcyjnie lub przynajmniej naturalnie, gdyż obydwoje aktorzy często przeciągali swoje kwestie, zastanawiali się, cedzili słowa, jakby usilnie przypominali sobie dialogi. Ich coraz bliższej ekranowej relacji oczywiście musiała towarzyszyć anglojęzyczna piosenka, jakby nikt z polskich kompozytorów nie był w stanie skomponować dobrej ścieżki dźwiękowej. I generalnie od muzyki bym zaczął opisywać mój zawód, gdyż polskie komedie romantyczne słyną z wykorzystywania playlist, zamiast oprawiać film w dobre, filmowe kompozycje. Nie inaczej niestety jest w tym przypadku, chociaż żeby oddać sprawiedliwość, kompozycji instrumentalnych i tak jak na polską komedię romantyczną było więcej, niż się średnio spotyka. Nie oczekuję stylowego mistrzostwa, powiedzmy, że w wydaniu Thomasa Newmana, ale chociaż unikalności Daniela Blooma.

Kolejną, może nie wadą, lecz standardową, a więc i nudną, cechą Miłości do kwadratu jest niemal stockowa prezentacja warszawskich lokacji, zarówno tych zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Nie piszę tego dlatego, że mieszkam w Krakowie i żywię jakąś nieuzasadnioną racjonalnie niechęć do Warszafki. Z Krakowem podobnie – nie chciałbym, żeby tak opatrzone w popkulturze miasto było nagminnie eksploatowane w filmie. Wybór lokacji powinien czegoś uczyć poza ukazywaniem kolorowej pocztówkowości, pokazywać widzowi Polskę w bardziej nietuzinkowy sposób. Twórcy komedii romantycznych zapominają, że nie kręcą kolejnego programu dla HGTV, ale film fabularny, który powinien cechować się wartością artystyczną, prócz klasycznych cech gatunkowych komedii romantycznej. Tylko że i tu jest problem.

Komediowość właściwie w Miłości do kwadratu nie istnieje. Okazuje się, że Listy do M. są przy tym filmie mistrzostwem sytuacyjnego gagu.

Pomysł z podwójnym życiem bohaterki jest całkiem dobry, tylko że nie idzie za nim żaden dowcip. Komediowość właściwie w Miłości do kwadratu nie istnieje. Okazuje się, że Listy do M. są przy tym filmie mistrzostwem sytuacyjnego gagu. Miłość do kwadratu jest lekką, obyczajową historią ze szczątkowo przedstawionym romantyzmem. No właśnie. Jego również jest niewiele. Ktoś, kto pisał scenariusz, zapomniał, że powinien widzowi w miarę autentycznie zaprezentować, jak się to uczucie między bohaterami narodziło. A sytuacja jest mniej więcej taka, że ona uważała go za dupka i dziwkarza, a po jednej sesji reklamowej nagle zmieniła zdanie. Najwyraźniej komuś się spieszyło, gdyż czas ekranowy miał ograniczony, a liczbę wątków całkiem sporą, bo i kłopoty ojca Moniki (Mirosław Baka), trudna relacja Enzo z partnerką (Agnieszka Żulewska), sytuacja w szkole, gdzie dyrektorem został wyjątkowo posępny Tomasz Karolak, no i jeszcze ten świat wielkiej reklamy z naczelnym wodzem oczekującym wyjątkowej kreatywności i świeżości, czyli Wojciechem Karalusem w roli prezesa. Twórcy filmu pokusili się nawet o pokazanie owej nietuzinkowej reklamy, jakiej oczekiwał na gali otwierającej kampanię. Lepiej jednak, gdyby tego nie robili. Prezentacja wyglądała tanio, a sam materiał z udziałem pięknego BMW i8, jakby nikt z kierowników artystycznych produkcji nigdy nie zapoznał się z rewelacyjnymi reklamami samochodów tej marki czy chociażby Volkswagena. Jeśli już w produkcji filmowej zapadają decyzje, żeby pokazywać banery reklamowe, reklamy telewizyjne i tym podobne zewnętrzne w stosunku do fabuły filmu nośniki treści, wypada się zastanowić, jaką mają one wartość artystyczną. Jeśli koszty nie pozwalają na zaprojektowanie czegoś wartego uwagi, lepiej tego w ogóle nie robić, inaczej świat przedstawiony traci realizm, a zaczyna przypominać tanią parodię jak z tytułów kręconych przez Bareję. Idealnym przykładem owej taniości jest interfejs programu pocztowego, na którym ojciec Ani (siostrzenicy Enzo) pokazuje zdjęcie pingwina wysłane przez jej mamę.

Komediowość więc i romantyczność z Miłości do kwadratu wykluczyliśmy. Niewątpliwie pozostały dobrze technicznie naświetlone plany, nawet ciekawa gra cieniem i perspektywą kolorystyczną, co się w polskich komediach romantycznych właściwie nie zdarza, i mięsiście zagrane postaci drugoplanowe – autentyczne, chyba najśmieszniejsze w całej fabule – np. mechanik samochodowy Sebastian Stankiewicz czy manager Klaudii Krzysztof Czeczot. Niestety nie pomogły im mdłe dialogi głównych bohaterów, jakby wycięte z najgorszych mydlanych oper. Faktycznie teraz zrozumiałem – czy ich płytkość i beztreściowość aby nie wpłynęła na te zwolnienia w rozmowach Klaudii i Enzo, jakby nie za bardzo wiedzieli, jak dostosować emocje do właśnie wypowiedzianych słów.

Miłość do kwadratu jest wielce zmarnowaną szansą Netflixa na zrobienie czegoś innego, a przy tym skorzystanie z okazji, że robi się to w ramach gatunku komedii romantycznej po raz pierwszy. Nie zmęczyłem się podczas seansu ani nie czułem się zażenowany, jak to przy wielu polskich komediach romantycznych, ale z drugiej strony obejrzałem film bez emocji. Było ładnie, kolorowo, kiczowato reklamowo, znośnie aktorsko, przeciętnie fabularnie, w większości średnio, a czasem nawet słabo. Ot, jeden z tych filmów, które się ogląda, a potem nie pamięta nawet, że takie istniały, gdy robi się jakieś zestawienie czy inny tekst przekrojowy. Sukcesem Miłości do kwadratu nazwać nie można. Stąd zapewne brak szerszej kampanii reklamowej. Na tym tle Listy do M. są jednak klimatyczną jakością, mającą szansę na kultowy status w ramach polskiej komedii romantycznej.

Ostatnio dodane