Recenzje

MIDWAY. Usypiająca wojenna pikseloza

Trzeba być Rolandem Emmerichem, żeby mając do dyspozycji 100 milionów dolarów budżetu, doskonałą obsadę i porywające wydarzenie historyczne, wypluć tak nudny i miałki produkt.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Kompletnie nie potrafię zrozumieć zaufania (i milionów dolarów), jakim wciąż jest darzony Emmerich*. Reżyser Dnia Niepodległości już dawno temu pokazał, że nie ma światu do zaoferowania nic godnego uwagi, a jego filmy nie są atrakcyjne nawet wizualnie. To przeładowane przeciętnym CGI wydmuszki, pozbawione angażującej historii, interesujących postaci czy jakiegokolwiek napięcia. Tym razem jednak to nie kontynuacja fikcyjnego konfliktu z kosmitami stała się ofiarą niekompetencji Emmericha, a fascynujący rozdział historii XX wieku. Atak na Pearl Harbor i początek wojny na Pacyfiku (zwieńczony w filmie bitwą o tytułowy atol Midway) to materiał o ogromnym potencjale, który wykorzystano już w kinie i telewizji; nowy film nie wnosi praktycznie nic nowego zarówno w kwestii narracji, jak i spektaklu.

Potężnym rozczarowaniem okazuje się szczególnie to ostatnie, zwłaszcza w porównaniu z produkcją Michaela Baya, która poruszała podobną tematykę. Trudno w to uwierzyć, ale licząca 18 lat sekwencja ataku na zatokę Pearl Harbor, poza kilkoma niefortunnymi momentami, wygląda o niebo lepiej niż wersja tego samego wydarzenia zaprezentowana w Midway. Fatalny green screen i wszechobecna nienaturalna poświata, paskudne efekty ognia oraz wybuchy przywodzące na myśl tanie akcyjniaki sprzed dekady, niekończący się wyrzyg CGI – na ekranie często nie ma niczego prawdziwego poza zdezorientowanymi aktorami, a reżyser nie prezentuje żadnych pomysłów na interesujące ujęcia czy inscenizację akcji. W Pearl Harbor nie brakowało praktycznych efektów specjalnych, użycia prawdziwych maszyn i pirotechniki, tutaj całość wygląda na pośpiesznie sklecone dzieło zbyt małego zespołu grafików komputerowych. W późniejszej części filmu jest trochę lepiej, a naloty Amerykanów na japońskie lotniskowce są widowiskowym spektaklem kontrolowanego chaosu. Problem w tym, że nawet wtedy doskwiera poczucie sztuczności oglądanych wydarzeń, a przepychanki między kilkoma samolotami w Dunkierce zrobiły na mnie nieporównywalnie większe wrażenie niż ten wybuchowy bajzel.

Mimo wszystko dobry film wojenny nie musi być doskonałym widowiskiem i można by było przymknąć oko (dosłownie) na kiepską warstwę wizualną Midway, gdyby oferował on cokolwiek poza świetną obsadą. Kogo tu nie ma! Woody Harrelson, Patrick Wilson, Luke Evans, Aaron Eckhart i kilku obiecujących młodziaków początkowo wzbudzili moją nadzieję na pełnokrwistych bohaterów i interesujące interakcje między nimi. Niestety szybko stało się jasne, że ten i tak długi (i dłużący się) film jest tak przepełniony wątkami i postaciami, że żadna z nich nie będzie miała możliwości pokazania czegokolwiek wartego uwagi. Patrick Wilson przekonuje swoją determinacją, a Woody Harrelson to tradycyjnie klasa sama w sobie, ale to niewiele znaczy, kiedy ich bohaterowie są tak jednowymiarowi i bezbarwni. Na dialogi składa się przede wszystkim ekspozycja i szablonowe kwestie przeżute w filmach tysiące razy – w tym miejscu muszę ponownie wrócić do Dunkierki, która, posługując się ułamkiem paplaniny z Midway, pozwoliła mi uwierzyć i zaangażować się w losy każdego ze swoich bohaterów. Inne niekorzystne porównanie: posługujący się komicznym akcentem Ed Skrein wciela się w asa przestworzy i bohatera bitwy o Midway, jednak nieustannie podkreślana w dialogach wielkość jego postaci jest o wiele mniej wiarygodna niż milczący profesjonalizm i odwaga pilota fenomenalnie zagranego przez Toma Hardy’ego.

Mam wrażenie, że najwięcej głębi otrzymali w tym filmie przedstawiciele japońskiej strony konfliktu, za co należy się uznanie scenarzyście (Wes Tooke) i samemu Emmerichowi. Przedstawienie przeciwnika jako człowieka (z jego atutami i słabościami), a nie bezmózgiego potwora to dojrzały sposób na zaprezentowanie wydarzeń historycznych. Midway w żadnym razie nie jest wnikliwym portretem japońskiej wersji konfliktu, ale nieco balansuje to tonację wzniosłej laurki, która wybrzmiewa coraz mocniej, im bliżej do zakończenia. To niestety jedyny interesujący element scenariusza, który sprawia wrażenie wyplutego z maszyny losowo generującej teksty. Nie można go określić mianem fatalnego – na szczęście brakuje w nim czerstwego humoru kojarzonego z innymi filmami Emmericha – to po prostu poprawny do bólu, przepełniony sztampą skrypt. Bez reżysera mogącego tchnąć w niego życie, film o bitwie, która odmieniła losy wojny, okazuje się przeciętniakiem– po wyjściu z kina szybko o nim zapomnicie.

* Tym razem duże studia filmowe nie chciały powierzyć reżyserowi budżetu, o jaki zabiegał, więc wspomniana kwota została zebrana z różnych źródeł, co czyni tę produkcję niezależną. Wątpię, żeby sponsorzy byli teraz szczególnie zadowoleni.

Ostatnio dodane