VHS

MIAMI CONNECTION. Film tak zły, że aż sympatyczny

Powalić widza nieudolnością wykonania, unieść przesłaniem.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Miami Connection nie jest może pozycją tej rangi, co The Room, ale w świecie kina tak złego, że aż dobrego, cieszy się coraz większym uznaniem. Wierzby od dawna szumiały, że produkcja wyrywa widzom rogówkę z oka, a trailer sugerował coś bardziej ejtisowego niż Powrót do przyszłości czy American Ninja. Obraz ma też już swoją historię – zrobiwszy wielką klapę w 1987 roku, stał się obecnie prawdziwym frykasem dla smakoszy filmów „pokiełbaszonych”. W ćwierć wieku po premierze bywa wyświetlany na festiwalach i doczekał się wydania na Blu-rayu. Czy mamy do czynienia z The Room kina kopanego? Czy połączenie dwóch modnych obecnie elementów – epoki lat 80. i waloru „tak zły, że aż dobry” – dało olśniewający efekt? Przed państwem najgorszy film 1988 roku, jak nazwała go prasa.

Grupa studentów-współlokatorów i zarazem sierot żyje razem w Miami. Są różnych narodowości (Koreańczyk, Afroamerykanin oraz Amerykanie z korzeniami włoskimi, irlandzkimi i izraelskimi), ale łączy ich głęboka więź. Wspólnie chodzą na zajęcia, ćwiczą taekwondo i dają koncerty jako Dragon Sound – rock-popowy band niosący przesłanie miłości i wspólnoty. Sielankę przerywa motocyklowy gang ninja, wplątany w kokainowe rozgrywki i za nic mający pozytywne wartości. Między tymi dwiema grupami musi dojść do konfrontacji.

„Ci głupi ninja z ich głupią kokainą” – mówi z niesmakiem jeden z bohaterów, dając widzowi czytelny sygnał. Tak, oglądamy produkcję, którą nakręcili twórcy obdarzeni nastoletnią wrażliwością – w jej delikatnej odmianie. Młodzi nie przeklinają, nie piją, lubią za to dużo się śmiać i karmić nawzajem winogronami. Za to w scenie wesołego plażowania wąsaty członek naszej paczki zaczepia obce dziewczyny, nachalnie domagając się buziaka. OK, to może jednak jesteśmy w przedszkolu? Zresztą czy nie sugeruje tego już sam opis fabuły?

Tak czy siak, smarkatość filmu jest wszechobecna. To ciekawe, bo siłą napędową obrazu jest Y. K. Kim – już w trakcie produkcji będący w średnim wieku i nijak niepasujący do roli studenta. Koreańczyk zdobył czarny pas w taekwondo, mając 14 lat, a jako dorosły przeniósł się do USA, gdzie założył szkołę walki. Reżyser Miami Connection wypatrzył go w wywiadzie telewizyjnym i uznał, że Kim to urodzona gwiazda. Ściągnął go na plan i mistrz tak bardzo zapalił się do projektu, że wkrótce był już jego producentem i współreżyserem, a dodatkowo zapożyczył się dla dobra filmu, zastawiając także swoją szkołę. I nieważne też, że po angielsku mówi tak, że ledwo można go zrozumieć. To jednak wyobraźnia, energia i zaangażowanie Kima nadają ton filmowi. A tak się składa, że Koreańczyk lubi proste historie, w których dobro zwycięża, a przyjaźń i wzajemne wsparcie okazują się więcej warte niż wszystkie kokainowe interesy świata. Natomiast taekwondo to nie obijanie ludzkiej tkanki, lecz mądrość obecna w głowie i w sercu. Podobno do czasu realizacji Miami Connection aktor widział w życiu tylko 6 filmów. Biorąc pod uwagę niecodzienny efekt końcowy – jestem skłonny uwierzyć. Mistrz, co się zowie, bo poza tym, że jest renomowanym nauczycielem sztuk walki, to także mówcą, motywatorem i mocą sprawczą pozytywnych zjawisk, jak sugeruje Internet. Wiele z tego przenikło do jego kreacji, gdyż Kim praktycznie odtwarza nieformalnego ojca grupy.

Film składa się jakby z trzech głównych segmentów: obyczajowego, tłuczonego i śpiewanego. Pierwszy wygląda jak pełen autentyzmu zapis relacji międzyludzkich – pod warunkiem, że widzem jest Tommy Wiseau, który jako drugi człowiek na świecie po Kimie ma szansę zrozumieć, co właściwie się dzieje i dlaczego. „Zwyczajny” widz dostrzeże tylko spiętrzenie idiotycznych dialogów, kuriozalnych zwierzeń i absurdalnych zachowań. Ponad całą resztę wybija się tu wątek Jima, który szuka swego ojca, co stanie się przyczynkiem do scen niebagatelnych wzruszeń. Jako że właściwie wszyscy aktorzy w tym obrazie byli raczej znawcami taekwondo, a nie sztuki aktorskiej, segment środkowy wypada najlepiej.

Bijatyki nakręcono dość sprawnie i dynamicznie, choć nie da się ukryć, że przeciwnicy przeważnie stoją w miejscu, czekając, aż zostaną „sklepani” przez bohaterów pozytywnych. Sceny realizowano w pośpiechu – nie było pozwolenia na ich kręcenie; trzeba było uwijać się jak w ukropie. Może dzięki temu mają swój nerwowy, uliczny klimat?

Piosenki Dragon Sounds to prostolinijny pop, śpiewany bez koszulek i do wtóru gitarowych wstawek. Friends for Eternity opowiada o tym, że… Właściwie wszystko jest w tytule. Against the Ninja to pieśń profetyczna, zespół wykonuje ją bowiem, zanim napotka japońskich wojowników. Sceny z koncertów są najlepiej zmontowane i najsilniej nasączone ejtisowym klimatem w całym filmie. Zespół tak skrajnie nie daje czadu, jak skrajnie udaje, że go daje. Co w pewnym momencie zaczyna oznaczać jedno i to samo, bo widz przekonuje się do konwencji. Już-już, a zacznie poruszać się w takt muzyki. I chcecie czy nie, te dwa kawałki zostaną z wami na dłużej, tym bardziej że na ekranie wykonywane są w całości, a dodatkowo mają „haczykowaty” charakter – wrzynają się w mózg tak, jak to tani pop potrafi.

Te trzy główne segmenty filmu przenikają się co rusz, powodując przeskoki konwencji. Zresztą chaos jest tu wszechobecny – w Miami Connection nieraz odbiegamy od głównych wątków (i nagle towarzyszymy w trakcie bójki karatece-restauratorowi lub karatece-właścicielowi klubu) albo pojawiają się sceny zapychacze (banda motocyklistów jedzie i bawi się na świeżym powietrzu, jak i w barze, co niespecjalnie wzbogaca fabułę), a reżyser bezlitośnie mnoży obecność rozmaitych grup. I tak np. na naszych bohaterów – pomiędzy bad guyami różnego sortu – czyhał będzie gang, który nienawidzi Dragon Sounds, bo ci robią im konkurencję na scenie muzycznej. To bardzo budujące, że nawet bezwzględne zbiry są w tej produkcji muzykalne.

To alternatywny świat, gdzie każdy zna karate, a postaci mówią lub robią coś nieadekwatnego do swego wieku lub zastanej sytuacji.


Końcówka zapewni widzom mocniejsze wrażenia niż wcześniejsze partie. Powiedzmy tylko tyle, że większość worków ze sztuczną krwią zachowano właśnie na ostatnią część produkcji. Dziwnie wybrzmiewają te ciemniejsze nuty po tym, jak umościliśmy się już we względnie pluszowej konwencji. Ale taki urok tego filmu… Dziwne twarze, fryzury (choć te akurat trzymają się realiów epoki), dialogi. Dziwne przejścia między scenami, stylistykami. Miami Connection to sentymentalno-krwawa naparzanka. Z sercem. Z przesłaniem. Serowo-pleśniowa. Wzbudzająca raczej uśmiech niż salwy śmiechu. Z zaskakująco dobrymi zdjęciami i całą resztą na jakościowej huśtawce. Z bardzo wyrazistym klimatem ejtisów i logiką innego wymiaru. To alternatywny świat, gdzie każdy zna karate, a postaci mówią lub robią coś nieadekwatnego do swego wieku lub zastanej sytuacji. A jednocześnie szczera, ale siermiężnie wyartykułowana oda do młodości i przyjaźni. Gdyby Miami Connection było tak dobre jak jego trailer, mielibyśmy tytana. A jest tylko OK. Przy czym owe dwie litery oznaczają, że będziecie musieli przełknąć sporo nudnych momentów, żeby nacieszyć się partiami zdrowo popapranymi.

Końcowe napisy sugerują, że film powstał, aby umacniać pokój na świecie. Rzecz ciekawa i znamienna. Tommy Wiseau chce mieć planetę, na której wszyscy będą szczęśliwi. Neil Breen, natchniony twórca Fateful Findingspragnie uwolnić świat od korporacyjnych kłamstw i korupcji. Reżyser Ptakodemii chce uwypuklić ekologiczne problemy naszej planety. A Kim mówi, że przyjaźń jest na zawsze, a ninja, prochy i brak ruchu fizycznego są do bani. Czyżby idealiści w kinie trzymali się już tylko w bastionie kina klasy Z?

Ostatnio dodane