VHS

MANIAKALNY GLINIARZ. Policyjna brutalność w czasach VHS-u

Niektórzy twierdzą, że to ostatni slasher wart uwagi i choć jest to opinia przesadzona, "Maniakalny gliniarz" faktycznie ukazał się u schyłku pewnej epoki.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

"Masz prawo zachować milczenie... na zawsze"

Taśmy VHS mają swoje legendy. Niektóre bardzo tajemnicze (czy ocalał przynajmniej jeden egzemplarz polskiego wydania Barbarzyńskich nimfomanek w piekle dinozaurów?), inne powszechnie znane, jak na przykład Maniakalny gliniarz, o którym musiał słyszeć każdy, kto choćby powierzchownie zapoznał się z tematyką niskobudżetowych horrorów klasy B.

Maniakalny gliniarz (przez Tomasza Knapika odczytany jako Obłąkany glina) często nazywany jest ostatnim „prawdziwym” slasherem, co wynika przede wszystkim z fatalnej kondycji konkurencji z końca lat 80. Wszystkie wielkie serie zaliczyły poważne wpadki, piąte części Halloween i Koszmaru z ulicy Wiązów przyciągnęły do kin garstkę najbardziej zagorzałych fanów, a klęska ósmego Piątku trzynastego zaważyła na decyzji o odsprzedaniu praw do cyklu wytwórni New Line Cinema. Lata 90. faktycznie przyniosły więcej złego niż dobrego, Ulice strachu czy Koszmar minionego lata okazały się zaledwie kalkami dawnych schematów i nie zdołały wykreować interesujących postaci antagonistów. Nie należy jednak zapominać, że w tym samym czasie pojawiły się również Candyman, Krzyk czy doskonałe ożywienie legendy o Freddym KrugerzeNowy koszmar Wesa Cravena. Żeby sąd formułowany w kontekście Maniakalnego gliniarza mógł nabrać wiarygodności, należałoby dodać, że jest ostatnim „prawdziwym” slasherem, od którego aż bije klimatem lat 80., i właśnie dlatego uchodzi dzisiaj za kultową pozycję z czasów świetności kaset VHS.

Brak zaskoczeń, przewidywalny scenariusz, sztywne aktorstwo, nienaturalne dialogi - to tylko kilka z wielu zarzutów stawianych w 1988 roku, ale lata później ton wypowiedzi uderzał w drugą skrajność, a słowo kult padało częściej niż słowo fuck w Wilku z Wall Street.

Jak to zwykle bywa z tego typu produkcjami, w momencie premiery recenzenci nie szczędziły twórcom złośliwych komentarzy. Brak zaskoczeń, przewidywalny scenariusz, sztywne aktorstwo, nienaturalne dialogi – to tylko kilka z wielu zarzutów stawianych w 1988 roku, ale lata później – przy okazji wydania filmu na płycie blue-ray – ton wypowiedzi uderzał w drugą skrajność, a słowo „kult” padało częściej niż słowo „fuck” w Wilku z Wall Street. Prawda leży pośrodku (jak zwykle), bo mimo że obligatoryjny dla filmów klasy B kicz cieszy oko, to jego zawartość jest zauważalnie mniejsza, niż osoby rozochocone największymi absurdami epoki (od Mózgu po Deadly Prey) mogłyby oczekiwać. Nie ma tu niedorzecznych zabójstw, nie ma głupawych dialogów (nie licząc wpadek tłumaczeniowych, na przykład podanie informacji o „atakach gwałtów” grożących miastu, choć natura Maniakalnego Gliniarza nie pozostawia złudzeń, że w „acts of violence” nie mogło chodzić o przemoc na tle seksualnym) i właściwie nie ma żadnego powodu, by zaśmiać się na głos. Jak więc doszło do tego, że film Williama Lustiga zrobił tak dużą karierę? Bez wątpienia pomogła doskonale znana w „środowisku” obsada.

W rolach głównych pojawiają się Tom Atkins (główny bohater Halloween III, tego bez Michaela Myersa), Bruce Campbell (znany lepiej jako Ash Williams) oraz najpotężniejsza szczęka w branży – Robert Z’Dar. Odgrywany przez niego Matt Cordell z jednej strony prezentuje się jako niemy kolos, jakich widzieliśmy w horrorach już dziesiątki (z Michaelem Myersem i Jasonem Voorheesem na czele), z drugiej stoi za nim historia wzbudzająca współczucie. Historia twardego gliniarza, który nie przebierał w środkach, polując na zbrodniarzy, co ściągnęło wyrok także na niego. Te trzy nazwiska, trzy wielkie charyzmy wykonują swoją robotę po mistrzowsku i nie przeszkadza im nawet słaby scenariusz. Jeżeli nie sama nostalgia, to właśnie tercet Atkins/Campbell/Z’Dar pozwolił Maniakalnemu gliniarzowi zapisać się w historii złotymi zgłoskami.

Jak zwykle w ostatnim akapicie muszę sięgnąć po argument ostateczny, czyli wartość rozrywkową, która zmusza do przymknięcia oka na wszelkie niedoskonałości. Maniakalny gliniarz to świetny materiał na pretekst do spotkania z przyjaciółmi, doskonały środek relaksujący i nawet bez osiągnięcia wyżyn nonsensu potrafi umilić czas po ciężkim dniu pracy. Co ciekawe, jest także rzadkim przypadkiem filmu, który doczekał się jeszcze lepszego (gorszego?) sequela oraz trzeciej części już bardzo otwarcie przeczącej prawom logiki. Jeżeli więc dacie złapać się na haczyk, koniecznie sprawdźcie całą trylogię.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane