Recenzje

MALCOLM I MARIE. Bolesny portret damsko-męskiej relacji

Sam Levinson ustami swoich bohaterów opowiada o trudach związków i współczesnym Hollywood. Znakomici Zendaya i Washington w centrum uwagi.

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Pełny reżim sanitarny. 14 dni na planie. 22 członków ekipy. Dwoje aktorów. Jeden reżyser. Dla Sama Levinsona jest to trzeci projekt nakręcony w czasie pandemii i trzecia premiera w ciągu zaledwie trzech miesięcy. I kolejny tytuł, obok którego trudno przejść obojętnie.

Do powstania filmu doszło całkowicie przypadkowo. Reżyser Sam Levinson miał w zeszłym roku zacząć pracę nad drugim sezonem głośnej Euforii, kiedy niespodziewanie pandemia koronawirusa uniemożliwiła ekipie wejście na plan. Wtedy Levinson postanowił napisać kameralną historię o miłości i nakręcić ją w pełnym reżimie sanitarnym. Malcolm i Marie opowiada o filmowcu, który po premierze wraca ze swoją dziewczyną do domu. Jest w doskonałym nastroju, jednak to szybko ulegnie zmianie, kiedy wieczór przybierze nieoczekiwany obrót, a bohaterowie zaczną mierzyć się z problemami niszczącymi ich związek.

W tytułową parę wcielają się John David Washington (który rozpoczął karierę mocnym akcentem, występując w takich filmach jak Czarne bractwo. BlacKkKlansman Spike’a Lee czy Tenet Christophera Nolana) i Zendaya (najmłodsza w historii laureatka Emmy w kategorii najlepsza aktorka w serialu dramatycznym). Ich spotkanie przed kamerą już na etapie zwiastuna zapowiadało się jako niezwykle udany aktorski pojedynek, jednak w trakcie seansu poziom reprezentowany przez ekranową parę przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zendaya po wybitnej roli w Euforii nie musi już udowadniać swoich aktorskich zdolności, ale w Malcolmie i Marie pokazuje, że jest istnym kameleonem, a jej ekspresja, wrażliwość i wyczucie zaskoczą nas jeszcze niejeden raz. Niespodziewanie z kolei Washingtonowi dotrzymanie jej kroku (sam wspominał, że Zendaya – mimo że znacznie od niego młodsza – ma dużo większe doświadczenie w pracy przed kamerą) nie przychodzi z większym problemem. Przeciwnie, niejednokrotnie kradnie sceny swoją niejednoznaczną, zniuansowaną, na zmianę ekspresyjną i oszczędną kreacją. Bez wątpienia obsadowe strzały stanowią dużą część artystycznego sukcesu tego pandemicznego przedsięwzięcia.

Drugą częścią składową sukcesu jest oczywiście scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Sam Levinson (syn Barry’ego Levinsona, twórcy Rain Mana). Jako autor skryptu po raz kolejny pokazuje, jak pełnym empatii i wnikliwym obserwatorem życia jest. Tym razem głównym motywem swojej produkcji czyni swoistą wiwisekcję damsko-męskiej relacji. Bardzo angażującą i do bólu prawdziwą, dla wielu widzów z pewnością aż za bardzo. Ale w rozmowie dwójki kochanków przemyca też inne motywy, znane zresztą z jego poprzednich filmów i flagowego serialu: kapitalizm, korporacyjny aktywizm, życie w sieci, w końcu narkotyki (Levinson sam mierzył się z uzależnieniem; ten motyw z pewnością będzie obecny w większości jego produkcji). Tak samo zaskakująco, jak trafnie i zabawnie uderza również w Hollywood i świat krytyki filmowej. Jako reżyser zaś po raz kolejny zachwyca plastycznością swojej wizji. Tworzy niezwykle stylowy film, który cieszy przede wszystkim przepięknymi czarno-białymi zdjęciami i bardzo pomysłową pracą kamery. Całości dopełnia świetny soundtrack, na który składa się oryginalna, oszczędna ścieżka dźwiękowa Labrintha i ciekawa składanka hitów z kilku minionych epok. Wisienką na tym przepysznym torcie pozostają ujmujące napisy początkowe.

Malcolm i Marie to trzeci film pełnometrażowy Sama Levinsona. Po przejmującym, ale formalnie nieco zachowawczym Another Happy Day i odważnym, eksperymentalnym, ale nie zawsze idącym w odpowiednim kierunku Assassination Nation Malcolm i Marie rysuje się jako dzieło twórcy w końcu pewnego swoich umiejętności. Dojrzale napisane, wizualnie zachwycające. Z parą doskonale poprowadzonych aktorów w centrum.

Wracając myślami do (mam nadzieję) niedługo stanowiącej już przykrą przeszłość pandemii, w kontekście świata filmowego nie będę myślał o przeniesionych premierach wielkich blockbusterów, ale twórczym triumfie Sama Levinsona.

Brawo.


Ostatnio dodane