Recenzje

MAKSYMIUK. KONCERT NA DWOJE. Chaos kontrolowany

Największym atutem dzieła Drozdowicza nie jest jego oryginalna konstrukcja, ale bohater – sam Jerzy Maksymiuk. Dowcipny, pełen charyzmy i energii, istny dokumentalny samograj.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Mad Maks” – takim, jakże filmowym, przydomkiem określają Jerzego Maksymiuka jego brytyjscy koledzy po fachu. Trudno o bardziej zwięzłą, a zarazem trafną charakterystykę tego wybitnego polskiego dyrygenta i kompozytora. Na scenie staje się on bowiem istnym wulkanem energii, momentalnie zarażającym swą nadzwyczajną żywiołowością członków orkiestry. A jaki jest Jerzy Maksymiuk, kiedy akurat nie koncertuje? Jaki jest w, szeroko pojętym, życiu prywatnym, codziennym?

Przede wszystkim na to właśnie pytanie odpowiada dokument Tomasza Drozdowicza. Szalenie istotny w tym kontekście wydaje się podtytuł, jaki nadał swojemu filmowi reżyser – Koncert na dwoje. Odnosi się on rzecz jasna do żony Jerzego Maksymiuka – Ewy. Kobiety, która organizuje dyrygentowi praktycznie całe życie codzienne. Towarzyszki życia, która troszczy się o niego nie tylko jako żona, ale również menadżerka. Ewa z zaangażowaniem zajmuje się bowiem karierą męża. To właśnie ona wozi Maksymiuka na próby i koncerty, których terminy wcześniej ustala z odpowiednimi osobami. Dba również o jego wygląd, w tym o schludny ubiór. Jedną z bez wątpienia najzabawniejszych scen z dokumentu Drozdowicza jest wizyta u krawca, podczas której wielki mistrz, na co dzień dyrygujący kilkudziesięcioosobową orkiestrą, staje się potulny niczym baranek. Jak się jednak wkrótce okazuje, jedynie do czasu – na płaszcz z kapturem zgody nie będzie bowiem nigdy, choćby nie wiem co.

Co ważne, Drozdowiczowi nie chodzi bynajmniej w Koncercie na dwoje o prześwietlenie, niebywale przecież interesującej, historii związku Jerzego i Ewy Maksymiuków. Nie pada w filmie ani jedno słowo o tym, że para zaczęła się spotykać de facto w czasie, w którym zarówno on jak, i ona byli w innych związkach małżeńskich. Jeżeli w Koncercie na dwoje powraca się do przeszłości, a robi się to raczej rzadko, to niemalże jedynie w kontekście zawodowych sukcesów Jerzego. Prawda jest taka, że Drozdowicz miał na swój dokument zupełnie inny pomysł.

Można by więc powiedzieć, że jest to chaos kontrolowany (...). Paradoksalnie działający na korzyść, a nie na szkodę dokumentu.

Reżyser postanowił zrealizować go na zasadzie swoistych scenek rodzajowych. Złożyły się one na dość osobliwy twór, który najłatwiej byłoby określić za pomocą prostego i poręcznego słowa: chaos. Chaos, który jednak w przedziwny, aczkolwiek niezwykle trafny sposób koresponduje z postacią Maksymiuka – bohatera niemalże idealnie wpisującego się w stereotyp szalonego geniusza, co rusz gubiącego wątki i zaplątującego się w kolejne, zdające się nigdy nie mieć końca, dygresje. Można by więc powiedzieć, że jest to chaos kontrolowany, a przynajmniej zamierzony. Paradoksalnie działający na korzyść, a nie na szkodę dokumentu.

Największym atutem dzieła Drozdowicza nie jest jednak jego oryginalna konstrukcja, ale bohater – sam Jerzy Maksymiuk. Dowcipny, pełen charyzmy i energii, istny dokumentalny samograj. Ogromną przyjemność czerpie się już ze zwyczajnego podglądania maestra przy jakiejkolwiek tak naprawdę czynności. Tutaj Maksymiuk przechadza się po parku, tutaj pożera winogrona, a tutaj wygłasza płomienną tyradę na temat wyższości Chopina nad Mozartem. Zawsze pełen pasji i wigoru, nucący sobie pod nosem któryś z klasycznych utworów – sympatyczny starszy pan. Na scenie zaś prawdziwa bestia, demon, „Mad Maks”. Człowiek stanowiący oryginalne połączenie cech dwóch kontrastujących ze sobą bohaterów Dyrygenta Andrzeja Wajdy – reputacji i, do pewnego stopnia oczywiście, aparycji wielkiego Johna Laseckiego oraz żywiołowości i niespożytej energii młodego Adama Pietryka.

Dokument Drozdowicza powstawał cztery lata. Kamera towarzyszyła Jerzemu Maksymiukowi zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W końcu podążyła za nim nawet do Wielkiej Brytanii, gdzie bohater, trochę jak Bergmanowski Isak Borg, został pięknie przyjęty i należycie uhonorowany. Oprócz kamery oraz Drozdowicza towarzyszyła mu w tej dalekiej wyprawie, rzecz jasna, również czujna i opiekuńcza żona, bez której Maksymiuk, jak sam zresztą podkreśla, nie dałby sobie w życiu rady. Na całe szczęście ostatnie lata nie są dla niego solowym popisem, lecz tytułowym koncertem na dwoje.

Ostatnio dodane