Recenzje

MAELSTRÖM (2000)

Film o złożoności ludzkiego życia.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Pod prąd

A maelstrom – a whirlpool created by a variety of powerful, often opposing forces – is destructive, swallowing nearly all who venture into it.

Bibiane Champagne jest młodą, dwudziestokilkuletnią kobietą biznesu – szefową kilku świetnie prosperujących butików z odzieżą w centrum Quebecu. Jest dziewczyną rozrywkową, nie unika zabawy, alkoholu, narkotyków i przypadkowego seksu. Ma BMW, apartament z pięknym widokiem i… problem. Zaszła w niechcianą ciążę, która może przeszkodzić jej w prowadzeniu życia, do jakiego przywykła. Poznajemy ją podczas zabiegu aborcyjnego. Bibiane nie jest wcale pewna, czy jej decyzja jest słuszna. Wspomaga ją dalece bardziej od niej doświadczona przyjaciółka, która sama przeszła już kilka tego typu zabiegów, tak naprawdę sama już nie wie ile. Żeby zapomnieć o tym, co zrobiła, Bibiane postanawia rzucić się w wir zabawy. Po alkoholowej libacji wsiada do samochodu. Podczas powrotu do domu potrąca człowieka – norweskiego szypra. Udaje mu się wstać, ale w kilka chwil po dotarciu do swojego mieszkania umiera. Dziewczyna dowiaduje się o tym kilka dni później.

Denis Villeneuve w sposób absolutnie surowy, wręcz ascetyczny snuje historię kobiety, którą decyzja o zabiciu nienarodzonego dziecka doprowadza na skraj przepaści. Powoduje to lawinę trudnych do przewidzenia wypadków, których bezpośrednią konsekwencją staje się śmierć kolejnego człowieka. Bibiane, nie mogąc pogodzić się z sytuacją, męczona wyrzutami sumienia po śmierci szypra zaciera za sobą wszelkie ślady, które mogłyby świadczyć przeciwko niej. Co bardziej istotne jednak, mogłyby również przypominać jej o całym zdarzeniu. Oczywiste wydaje się, że jest to nie do uniknięcia, czekamy więc na reperkusje jej działań. W celu pozbycia się samochodu, w akcie desperacji posuwa się do zepchnięcia go z nabrzeża. Niestety ze sobą w środku. To moment przełomowy zarówno dla filmu, jak i bohaterki. Wiemy, że jeżeli uda jej się wypłynąć na powierzchnię, jej życie ulegnie zmianie, stanie na progu, który zadecyduje o jej być albo nie być. Wychodzi z tego starcia zwycięsko – odmieniona, wie, co musi robić dalej.

W bezpretensjonalny sposób pokazuje to, co na co dzień nam umyka.

W następnym kroku jednak zaskoczenie; w zakładzie pogrzebowym, gdzie zwłoki szypra poddano kremacji, spotyka jego syna, z którym przypadkowo wdaje się w rozmowę. Popychana przez prądy nieznanego sobie wiru trafia najpierw do miejsca pracy Norwega, później do jego domu. Nie wiemy, co roi sobie męczona wyrzutami sumienia kobieta. Widzimy efekty, które wydają się zaskakujące. Maelström w bezpretensjonalny sposób pokazuje to, co na co dzień nam umyka. Życia różnych, często na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą osób są współzależne, splecione niczym nici tej samej tkaniny. Śmierć jednego, tak jak ruch skrzydeł motyla w jednej części świata wywołuje huragan w drugiej, narusza nieskończony łańcuch współzależności, których wpływu nie da się przewidzieć. Kobieta spędza noc z synem szypra; nie, nie w łóżku, ale przy porządkowaniu rzeczy jego ojca. Nawiązuje się miedzy nimi nić porozumienia, a może uczucie, którego ze zrozumiałych względów Bibiane się obawia.

Zaskakujące są wnioski płynące z tej sytuacji. Oto bowiem kobieta, która dwukrotnie zabija, krzywdząc najpierw siebie a potem zupełnie nieznaną sobie osobę, zyskuje miłość ze strony człowieka najbardziej dotkniętego przez jej działania, człowieka, który powinien jej nienawidzić. Zanim jednak do tego dojdzie, dziewczyna nieświadomie zrobi coś, co okaże się brzemienne w skutki – uratuje komuś życie. A więc odkupienie poprzez zadośćuczynienie za popełniony grzech? Życie za życie? A może czasami trzeba śmierci, żeby zrozumieć to, co jest dla nas ważne lub odnaleźć to, z czego braku nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy?

Maelström jest filmem w sposób oczywisty nawiązującym do dokonań kina europejskiego; bardzo prostym i złożonym równocześnie. Denis Villeneuve porusza arcypoważny temat samoświadomości i odpowiedzialności za swoje czyny, ale robi w to w sposób, który nie pozwala jego przekazu traktować do końca serio. Narratorem filmu jest bowiem… ryba. Prolog rozpoczyna się od ujęcia w rybiej rzeźni (o ile coś takiego w ogóle istnieje), która pod względem kolorystyki, oświetlenia, a przede wszystkim surrealistycznego klimatu jest jakby żywcem przeniesiona z filmów Jeuneta. Równie dobrze mogłaby się znaleźć np. w Mieście zaginionych dzieci. Co więcej, wrażenie to potęgowane jest dodatkowo przez język (francuski), jakim posługują się bohaterowie i nieodparte skojarzenie z jedną z postaci Miasta… – Irvinem – bezcielesnym mózgiem przemawiającym głosem Jeana Louisa Trintignanta. Ponieważ ryba – narrator pojawia się również w epilogu (nawiasem mówiąc wypowiadając zdanie rodem z Monty Pythona), powoduje to symboliczne zamknięcie obrazu w nawiasie umowności.

Tego typu zabiegi reżysera (których w filmie jest znacznie więcej) powodują, że cały czas odczuwamy, jakby chciano nam powiedzieć: „patrzcie, ale pamiętajcie, że to tylko zmyślona historia”. Choć podejmuje temat bardzo poważny, nie jest pozbawiony przewrotnego poczucia humoru, które momentami przywodzi na myśl filmy braci Coen. Pod względem stylistycznym film również znacząco odbiega od schematów, do których przyzwyczaiło nas kino amerykańskie: mocno nieliniowa fabuła, niewielka liczba dialogów, pojawiające się od czasu do czasu komentarze na czarnych planszach niczym z filmu niemego. Ciekawym elementem całości jest muzyka, która prawie w każdej scenie pozostaje w opozycji do obrazu, co powoduje w widzu niezwykły rozdźwięk percepcyjny, jakby celowym zabiegiem był zupełny brak spójności podkładu muzycznego z tym, co oglądamy na ekranie.

Maelström to film o złożoności ludzkiego życia, siłach nim kierujących, istnienia których nawet sobie nie uświadamiamy, i o tym, jaka jest cena, którą czasami trzeba zapłacić, by je odkryć. Czy warto? Tego każdy dowie się na własną odpowiedzialność.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane