search
REKLAMA
Archiwum

LUSTRA. Porządna dawka adrenaliny

Piotr Kocoń

2 listopada 2020

REKLAMA

Zaczyna się seans. Widzowie siedzą w skupieniu, lekko spięci i gotowi na porządną dawkę strachu, która zaczyna powoli na nich spływać z ekranu. Gdzieniegdzie zaczynają pobrzmiewać z początku głuche i jeszcze kontrolowane okrzyki grozy, obrzydzenia i strachu. Z czasem stają się coraz wyraźniejsze, głośniejsze i śmielsze. Z ekranu bije, wręcz wyziera groza; powoli spływa na oniemiałych widzów przenikając ich do szpiku kości. Ścina im krew, powoduje częstsze skurcze serca i nerwowe obgryzanie paznokci; pot występuje na coraz bardziej zszarzałe twarze. W końcu ktoś nie wytrzymuje, zrywa się i zaczyna biec ku pulsującemu światełku zwiastującemu wyjście. Ośmielona reszta zrywa się ze swoich foteli i cała ta przerażona tłuszcza zaczyna gnać jak wystraszone stado bizonów ku wyjściu. Tratują się nawzajem, na ustach wykwitają pęcherzyki z piany, w oczach błyska szaleństwo, słychać chrzęst gniecionych kości, przeraźliwe krzyki spychanych na bok kobiet, trzaskanie kinowych foteli; przerażeni pracownicy nie są w stanie zapanować nad wzbierającym tłumem, który wyje potępieńczo, który próbuje się wydostać, biec jak najdalej od tego koszmaru ukazywanego na ekranie. Pękają drzwi, rozwierają się na oścież i cała ta ciżba ludzka wylewa się w mrok otaczającej budynek kina nocy… 

Niestety jest to tylko sen, marzenie i pragnienie każdego twórcy horrorów. Zrobić film tak przerażający, że nawet sami nie będą w stanie go obejrzeć. Film, który ogarnie szaleństwem przerażonych widzów ściśniętych jak sardynki w sali kinowej. Nie udało się to jeszcze nikomu. Bywały, i owszem filmy, na których reakcja była, choć w jednej czwartej podobna do opisanej przeze mnie. Ludzie wybiegali lub mdleli na takich klasykach, jak Teksańska masakra piłą łańcuchową lub Noc żywych trupów. Obecnie zdarza się to niestety dość rzadko, jeżeli w ogóle. Owszem, ludzie wychodzą z kina, ale nie przerażeni, ale zniesmaczeni. Przed seansem mamieni są obietnicami i zapowiedziami przerażających filmów, które mają sprawić, że ich świat nigdy nie będzie już taki sam i spotyka ich srogie rozczarowanie. Ale czasami w tej zalewie chłamu udaje się znaleźć jeżeli nie perełkę, to chociażby jaśniejszy punkt w ciemnej masie gniotów. Film, który sprawia, że przy barowych stolikach nie milkną opinie i wrażenia, film, który sam się reklamuje wykorzystując najlepszą i najstarszą formę promocji, a mianowicie ludzki przekaz. Czy Lustra spełniają te kryteria? To należy zostawić ocenie widzów.

Podchodziłem do tego dziełka sceptycznie, jak do większości horrorów zresztą. I pozostawił on we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze temat i wątek przewodni, którym są tytułowe lustra. Temat świetny; nic tak nie działa na wyobraźnię jak przedmioty codziennego użytku, które mogą się w jednej chwili zamienić w odrażające monstra łaknące naszej krwi. Lustra od zawsze fascynowały, dopatrywano się w ich odbiciu bramy do innego, niematerialnego i budzącego strach świata; tradycja nakazywała w dniu pogrzebu bliskiej osoby zakrywać wszystkie lustra w domu, żeby nie daj Boże nie odbił się w nich zmarły i nie został uwięziony na zawsze. Któż nie zna zabawy, w której to podpity młody człowiek dla jaj i podjudzony przez kumpli lub koleżanki wymawia mrożące krew w żyłach słowa i spogląda w nie dokładnie wtedy, gdy wybije północ? Osobiście uczestniczyłem w tego rodzaju zabawie, która miała na celu ukazanie przyszłej wybranki serca w odbiciu lustra i, gdyby to była prawda, to chciałbym zostać kawalerem lub mnichem do końca swoich dni. To, co mi się ukazało, na pewno było tylko wytworem mojej młodzieńczej wyobraźni, podsycanej używkami, które zniekształcają po trochu obraz świata. Na pewno też dużo do powiedzenia miała gra świateł i cieni, gdyż jako twardziel wpatrywałem się w zwierciadło przy blasku migoczącej świecy. Ale jedno, co mogę powiedzieć to to, że swój cel ta zabawa osiągnęła. Zasiała niepokój – gdzieś tam w czeluściach mej podświadomości lustro zostało zapisane jako coś niezwykłego, dziwnego i nie do końca naturalnego. Dlatego też, mimo wrodzonego sceptycyzmu, do tego filmu podchodziłem z nadzieją, że podsyci on moje ukryte głęboko obawy i strach.

Film zapowiada się naprawdę nieźle. Dynamiczny, wgniatający w fotel początek, preludium tego, co się ma później wydarzyć intryguje i wciąga. Przykuwa uwagę i to z pewnością duża zaleta. Do kolejnych na pewno można zaliczyć to, że główny bohater grany jest przez postać znaną ogółowi kinomaniaków, a mianowicie przez pana Sutherlanda młodszego. Grany przyzwoicie, bez rewelacji, ale czegóż też możemy oczekiwać po horrorze? Zwłaszcza typowym. Można się za to przyczepić do gry innych aktorów, którzy na tle mister Sutherlanda wypadają blado i to bardzo. Jak na dobry horror przystało, mamy tu klasyczny schemat: potężne uderzenie i czas, w którym widz wycisza się po tymże uderzeniu. Bez rewelacji, ale wszystko na przyzwoitym poziomie, który zresztą charakterystyczny jest dla reżysera Aleksandre Aja. Jego poprzednie filmy dziełami sztuki nie były, ale trzymały pewien poziom, poniżej którego możemy dopiero mówić o klasycznym gniocie. Ba, uważam nawet, że film ten jest bodajże najlepszym obrazem w dorobku reżysera. I zgadzam się w pełni z oceną chociażby Filmwebu, gdzie oceniony został na niecałe 7/10. Tak więc uchylając trochę rąbka fabuły, mamy tu do czynienia z byłym policjantem przeżywającym załamanie nerwowe, mającym kłopoty z alkoholem i z trudem panującym nad gniewem. Jak to w takich przypadkach bywa, zła żona nie chce go widzieć w domu i żyją sobie radośnie w separacji. Do czasu.

Mamy tu również klasyczną scenografię, jaka obecna jest w większości horrorów, a mianowicie spalony budynek, w którym straszy, ale – co należy zaliczyć na plus – straszy nietypowo. Motywem przewodnim są tutaj lustra i fabuła jest mniej lub bardziej udanie owijana wokół nich. Klasyczne zwroty akcji, które ja nazywam potężnym uderzeniem, po którym szukamy miejsca odpowiedniego do sprawdzenia stanu naszych spodni, są nakręcone naprawdę nieźle. Reżyser nie spartolił tematu luster i wykorzystał je tutaj naprawdę dobrze, za co należą mu się duże brawa. Dają porządnego kopa adrenaliny, a w połączeniu ze świetnym montażem i scenografią stają się tematem rozmów przy piwku. Można się doczepić do akcji w drugiej połowie filmu, że zbyt przewidywalna lub, że niektóre elementy są zupełnie niepotrzebne, ale całość jest naprawdę niezła. Trzeba zaznaczyć, że reżyser wziął na warsztat film, który odniósł wcześniej duży sukces w Azji i z powodzeniem zaadaptował go na warunki zachodnie, a w szczególności amerykańskie, co niestety staje się wręcz plagą, bo każdy film nieanglojęzyczny musi być nakręcony jeszcze raz, tylko z aktorami najlepiej z hollywoodzkiego światka i w obowiązkowym języku angielskim. Widać Amerykanie zatracili już całkowicie zdolność czytania napisów i żeby coś było w stanie ich zaciągnąć do kina, to musi to być potworek najlepiej z Jessicą Albą i Zackiem Efronem. W tym przypadku udało się to zrobić bezkolizyjnie i naprawdę nieźle. Chwała ci więc za to, panie Aja.

Tekst z archiwum Film.org.pl (16 grudnia 2008)

REKLAMA