Recenzje

LUCY IN THE SKY. Poetycki BEŁKOT science fiction od twórcy serialowego FARGO

Autor: Marcin Kempisty
opublikowano

Bezkres ciemnego kosmosu potrafi skłonić do przemyśleń na tematy egzystencjalne. Jeżeli jednak mają one wyglądać podobnie do tych zaprezentowanych w Lucy in the Sky, to lepiej nie zadzierajmy głów do góry, żeby się nie przekonać, jak bardzo mało mamy do powiedzenia.

Jak to często bywa, na papierze nic nie wskazywało na to, że może dojść do tak spektakularnej katastrofy. Za reżyserię odpowiadał Noah Hawley, twórca serialowego Fargo i Legionu, który w ostatnich latach udowodnił, że potrafi tworzyć zarówno odjechane superbohaterskie wizje, jak również realistyczny dramat z wyraźnie zarysowanymi charakterami bohaterów. Z kolei w obsadzie aktorskiej znaleźli się Natalie Portman, Jon Hamm, Zazie Beetz, Dan Stevens i Ellen Burstyn. Można było strzelać w ciemno, że omawiany film będzie popularny wśród krytyków, może nawet zbliży się do jakiejś nominacji do Oscara. Nic z tych rzeczy. Lucy in the Sky jest poetyckim bełkotem, którego od samego początku nikt nie był w stanie uratować. Oby szybko przepadł w kosmosie.

lucy in the sky

Napisy z początku filmu sugerują, że historia została oparta na faktach. Jeżeli tak, to na miejscu osoby, która oddała cząstkę siebie tej produkcji, zapadłbym się pod ziemię, bo z trudem da się to wszystko oglądać. Choć trzeba przyznać, że początek jest jeszcze obiecujący. Oto tytułowa bohaterka (grana przez Portman) wraca z misji kosmicznej. Najpierw, gdy jeszcze spaceruje w ciemności, kamera obserwuje z nią rozświetloną Ziemię. Później, gdy już schodzi na twardy grunt, obiektyw podgląda jej próby powrotu do normalności. Postkosmiczna rekonwalescencja wcale nie jest taka łatwa – gdy widziało się gwiezdną przestrzeń, gdy ujrzało się znikomość doczesności, jak później do niej wrócić i traktować ją na poważnie?

Z tego powodu Lucy stopniowo traci kontakt z rzeczywistością, popadając być może w obłęd, a być może wreszcie doświadczając życia takim, jakim ono jest. W każdym razie redefiniuje swoje małżeństwo, zbliża się do nowych osób na swojej drodze, a przede wszystkim jest całkowicie skoncentrowana na walce o powrót na orbitę. Niczym modlitwę szepcze pod nosem wszystkie czynności, jakie musi wykonać, by nie doszło do przykrych komplikacji. W ten sposób przypomina sobie kolejne elementy procedury, które być może w pewnym momencie uratują jej życie w trakcie pracy w przestworzach. Niezależnie od tego życie płynie obok niej, gdyż już jest jedną nogą poza głównym nurtem. Wystarczy nieostrożny ruch, a okaże się, że Lucy nie ma szans ani na zdobycie kosmosu, ani na odzyskanie codzienności.

Skoro scenariusz został utkany z banalnych mądrości, to nic dziwnego, że aktorzy nie są w stanie w jakimkolwiek stopniu zaprezentować swoich możliwości.

Hawley od samego początku zdradza potrzebę realizacji filmu podobnego do Legionu – odartego z obowiązkowych związków przyczynowo-skutkowych, a przede wszystkim fabularnie dryfującego w stronę pogmatwanej transcendencji. Co jednak połowicznie udało się w przypadku serialu stacji FX, to w przypadku pełnometrażowej narracji okazuje się chaotyczną, pretensjonalną feerią artystowskich obrazów, sentencji trwalszych niż ze spiżu, a także różnego rodzaju zabaw formalnych, które w ostatecznym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia. Czasami reżyser bawi się rozdzielczością ekranu, czasami zmienia głębię obrazu, lubi też tworzyć wizualne ciągi skojarzeniowe, mające zapewne odzwierciedlać stan ducha bohaterki, ale cóż z tego, skoro finalnie widzowie otrzymują banalną historię o małżeńskim kryzysie z problemami zawodowymi w tle?

lucy in the sky

Skoro scenariusz został utkany z banalnych mądrości, to nic dziwnego, że aktorzy nie są w stanie w jakimkolwiek stopniu zaprezentować swoich możliwości. Portman kompletnie nie wie, jak oddać złamanego ducha swojej postaci, Hamm jest zaledwie echem swojej najważniejszej roli z Mad Men, Beetz przelatuje przez ekran jak kometa Haleya, ale i tak najbardziej absurdalnie w tym wszystkim wypada Dan Stevens. Uroczy wąs i psie spojrzenie to jedyne, co może robić, by ratować swojego miałkiego, pozbawionego właściwości bohatera. Trochę gada pod nosem, raz się zdenerwuje i fajrant. Byle mu tylko dobrze za to zapłacili!

Najczęściej jest tak, że człowiek próbuje odnaleźć choćby jedną pozytywną rzecz w morzu przeciętności. W przypadku Lucy in the Sky naprawdę trudno to zrobić. Co najgorsze, film Hawleya wkurza na podstawowym poziomie, nie dając odbiorcom szansy na to, by wniknąć w świat przedstawiony albo chociaż go zrozumieć. Twórca wymarzył sobie stworzenie kosmicznego, quasi-narkotycznego tripa z granicy jawy i snu i rzeczywiście swoje marzenie spełnił. Szkoda, że na tę wyprawę udał się samotnie.

A może tak naprawdę doświadczanie Lucy in the Sky zależy od stanu, w jakim znajduje się odbiorca? Może warto podążać za pierwszym skojarzeniem związanym z tytułem filmu, czyli piosenką Lucy in the Sky with Diamonds zespołu The Beatles i po prostu pognać za piękną panią ze słońcem w oczach, by film Noaha Hawleya objawił się w korzystniejszym świetle?

Ostatnio dodane