Recenzje

ŁOWCA/MANHUNTER. Hannibal Lecter jako dodatek

Thriller senny i mocny - krystalicznie czysta porcja mroku.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Psychopata także wypadł interesująco. Grający go Tom Noonan od początku ma naszą uwagę. Oto potężny facet – w życiu codziennym nieśmiały i wycofany, fizycznie i psychicznie odszczepieniec. Drżący głos i niepewne, niezgrabne ruchy, wewnętrzne rozedrganie wskazują, jak bardzo jest wyobcowany. Nie zatracił doszczętnie wrażliwości na innych ludzi, co widać w relacji z niewidomą Rebą. Jednak Francis nie panuje nad Czerwonym Smokiem, a ten domaga się ofiar. Nie wiemy, co skierowało go na mordercze tory, ale możemy być pewni, że ukształtował go ból. I tak, jak Will nie jest typowym twardzielem, tak Francis nie przypomina zdystansowanych, ironicznych psycholi – erudytów.

Napięcie między postaciami – mimo dzielącej ich odległości – czyni film tak gęstym. Napięcie wywołane jakąś fatalistyczną mocą, bo glina nie przestanie ścigać zabójców, a zabójca nie zmieni się pod wpływem relacji z kobietą. Obaj są wyobcowani, a los ustawił ich na trasie kolizyjnej ze sobą. To drganie, fluidy między postaciami oddaje Mann perfekcyjnie; przychodzi mu to tak naturalnie, jak wyciskanie maksimum klimatu z nocnych obrazów wielkiego miasta.


Jest też ten trzeci, Hannibal Lecktor (z jakichś powodów nie Lecter). Gra go Brian Cox, a jego postać odgrywa tu rolę drugoplanową. Lecktor z Łowcy jest bardziej przyziemny i dosadny niż w kreacji Hopkinsa. Nie stara się nas zauroczyć – to inteligentny drapieżnik, ale zamiast wielogodzinnych rozmów o dewiacjach, zaproponuje ci swoją wizytę na święta. Chwilami wygląda wręcz na prostackiego rzeźnika, ale potrafi być naprawdę sprytny.

Na ekranie dominuje behawioryzm – bohaterów określają ich czyny. Tyle że… Mann to spojrzenie rozszerza i zagina. Psychologia z powieści Harrisa jest tu obecna w subtelnej formie – skrywa się w tle, w detalach, niedopowiedzeniach. Mann – portrecista ludzi stojących na krawędzi, miejskich outsiderów – wnika w ich spojrzenia, próbuje uchwycić ich mentalną aurę, nadać formę myślom i pragnieniom, które nie zostają wypowiedziane. Kolorystyka, muzyka w tle, sposób poruszania się kamery – to wszystko mówi nam coś o stanach wewnętrznych bohaterów. Dzięki umiejętności operowania szarą strefą jakby spoza hollywoodzkiego zestawu (pół-cieniami, metaforami czy bogactwem filmowych środków budujących nastrój, który z kolei dopowiada nam historie bohaterów, próbuję oddać ich kondycję), Łowca unika dosłowności. Widz nie jest prowadzony za rękę, ale dostaje zaproszenie do własnego śledztwa na temat bohaterów. U Manna – i tutaj, i w Gorączce, i Złodzieju – istotne są też momenty szczególnego napięcia w chwili, kiedy bohaterowie docierają do prawdy o sobie. Ta zazwyczaj wymaga od nich poświęceń, czyniąc z nich postaci tragiczne. 

Napięcie między postaciami - mimo dzielącej ich odległości - czyni film tak gęstym.

Wybitny operator Dante Spinotti dokonał tutaj małych cudów na polu thrillera. Po pierwsze, jego wariant kina noir pełen jest bieli, a jednak przeraża i daje poczucie osaczenia. Po drugie, autor zdjęć płynnie przechodzi od realistycznego stylu do licznych sekwencji, które budują klimat odrealnienia. Kamera porusza się gładko, z dużą gracją, ale Spinotti osiąga jednocześnie efekt wciągania widza w inny wymiar, gdzieś na granicy snu. Całość – oniryczne sceny i realistyczne obrazy – scala klimat neo-noir, w której Mann porusza się wielką swobodą. Film wygląda, jakby inspirowało go z jednej strony malarstwo (choćby Edward Hooper), a z drugiej – MTV, przy czym mamy tu na myśli ciemniejszą, bardziej alternatywną stronę tego drugiego.

Powyżej opisaliśmy już wspaniałą scenę z tygrysem. Równie niezwykła jest sekwencja konfrontacji Willa i Francisa, rozegrana w niesamowicie wystylizowanym domu tego ostatniego – pozbawiona słów, rozegrana do taktu In-A-Gadda-Da-Vida grupy Iron Butterfly – czy ta, w której Will jak zahipnotyzowany wizualizuje zamordowaną kobietę i “płynie” przez jej pokój. Takich scen-perełek jest tu więcej. Cały film to właściwie zbiór obrazów, które silnie oddziałują na świadomość. Nie jest to jednak teledyskowość rodem z Top Gun, ale artystyczna próba komunikacji z widzem na mniej dosłownym poziomie. Duch 80’s przenika film na wskroś, ale nie w wydaniu taneczno-cukierkowym. Chodzi o to, że zwyczajnie nie możemy mieć wątpliwości, jaką dekadę widzimy, ale Mann nadaje jej mroczny charakter, co obywa się bez dysonansu.

Eklektyczna – jak to u Manna – ścieżka dźwiękowa to obecnie kult nie mniejszy niż sam film (podobnie jak muzyka z Gorączki czy Informatora). Inna sprawa, że czekała na pełne wydanie płytowe do 2010 roku; wcześniej parokrotnie pojawiały się edycje niekompletne. Oto kapitalny zestaw piosenek i muzyki ilustracyjnej. Pop, rock, elektronika – każde z nich w swej alternatywnej odsłonie i z mrocznym podbiciem. Jako całość jest to miks epokowy. Miejscami trochę już niedzisiejszy, ale ziarnisty i esencjonalny jak cały film. Te dźwięki – wraz ze zdjęciami – mówią nam coś o bohaterach. Zachodzi tu zresztą sprzężenie, tak typowe dla muzyki w kinie – bez tego filmu taka składanka sporo by straciła; bez tej muzyki produkcja Manna nie byłaby tak stylowa, groźna i narkotyczna.

Pozostaje tylko żałować, że reżyser zrezygnował z pomysłu, by włączyć do Łowcy miażdżąco pesymistyczne zakończenie, sugerujące, że Graham poniósł klęskę ostateczną. Możecie je porównać z tym, które ostatecznie wieńczy seans. Po tym, jak zasmakujemy w filmie Manna, ciężej jest się ekscytować innymi wariacjami na temat Łowcy. Rozbuchany, przeszarżowany i efekciarski serial Hannibal o relacji Lectera i Willa może tylko śmieszyć. Za to Czerwony Smok Brata Ratnera to remake niepozbawiony zalet (dobra role Ralpha Fiennesa i Emily Watson), ale co najwyżej poprawny. Kto chce Smoka, niech znajdzie Łowcę.

Ostatnio dodane