Recenzje

LOS NUMEROS (2011)

Film oscyluje wokół bezpiecznych tematów i boi się wystawić głowę powyżej przeciętnej polskiego kina.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

LOS NUMEROS

Nie ze mną te numery 

Ostra kampania reklamowa stacji TVN, promującej swoje nowe kinowe dziecko pod tytułem „Los numeros” sprawiła, że bałem się otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczył z niej żurek, Lesław oczywiście. W ramach reklamy Szymon Majewski zaprosił do siebie jedną z gwiazd filmu – Antoniego Pawlickiego, a Bilguun Ariunbaatar z „U1 Bator TV” (najlepszy w całym „shole” Majewskiego) wraz ze swoim rozbrajającym poczuciem humoru podglądał celebrytów na kinowej premierze „Los numeros”. Trailery, którym się zdawało, że są śmieszne i zachęcające, nie przedstawiały nic, co by mnie rozśmieszyło czy zachęciło do wizyty w kinie. Było ich jednak tak dużo, że nie pozwalały mi spokojnie obejrzeć odcinka serialu „Usta, usta” (zdecydowanie najlepsza produkcja TVN) czy „You Can Dance”. Wreszcie powiedziałem dość, wygraliście, idę do kina, choć wiem, że nie spotka mnie tam nic dobrego. Mam jednak w ręku narzędzie ewentualnej zemsty. Jak mi się nie spodoba, w recenzji krwawo rozprawię się z waszym produktem, wciskanym mi w mało przyjemny sposób, niczym czopek – choć w sumie zależy co kto lubi. 

No dobra, jestem już po zabiegu, przeżyłem i powoli dochodzę do siebie. Pierwsza refleksja brzmi następująco: wspomniana wyżej wizyta Antoniego Pawlickiego u Szymona i Billa na premierze, były zabawniejsze od całego „Los numeros”, co o filmie raczej za dobrze nie świadczy. Grzechem największym jest scenariusz, który opiera się w zasadzie na tym, że Kuba (Lesław Żurek) wygrywa 17 milionów w coś w rodzaju Totolotka, po czym okazuje się, że nie wygrywa i zaczyna śledztwo, bo chce odkryć kto go oszukał i kto kombinuje, żeby zgarnąć dla siebie wielką kumulację. Emocji w tym nie ma żadnych, zaskoczenia w ogóle, akcji zero, i nawet cycków nie ma żeby można było dać okejkę. Ot, spaceruje Lesław Żurek przez cały film od jednej kobitki do drugiej, a od drugiej do trzeciej. Jedna jest podejrzana i mu nie pomaga, druga mu pomaga i też jest podejrzana, a trzecia się w nim kocha i przez chwilę też była podejrzana. I wszystkie jak jeden mąż (mąż?) chcą się kochać z Kubą, choć w żadnym przypadku nie ma to większego uzasadnienia w scenariuszu. W dodatku aktor pchany na pozycję czołowego amanta polskiego kina nie wygląda jak amant. Nie wygląda też jak twardziel, i nawet wąs na szybko zapuszczony pod nosem, chyba jako hołd dla Adama, nie dodaje mu powagi. Lesław Żurek cierpi niestety na syndrom MJF (Michael J. Fox), bo co by ze sobą nie zrobił i jak się nie starał grać twardziela, wygląda jak wieczny chłopiec.

Nie tylko stosunki Kuby z kobitkami są grubymi nićmi szyte. Wszystkie relacje międzyludzkie w tym filmie są powierzchowne i niewiarygodne. Najbardziej zmarnowano mocno eksponowany w trailerach duet Żurek/Pawlicki, bo ten drugi okazuje się w efekcie postacią nie dość, że drugoplanową, to prawie epizodyczną. Leży też humor. W wielu miejscach podejmowano próby zaimplementowania abstrakcyjnych dialogów, prawdopodobnie planowanych jako kultowe, wiecie, takie co to za chwilę wejdą do języka potocznego, ale próby te w 99% spaliły na panewce, wywołując u widza klasyczny facepalm. Jeśli miałbym wymienić jakąś śmieszną sytuację w „Los numeros” miałbym z tym spory problem. Chyba tylko Kuba odwiedzający Iwonę (Weronika Książkiewicz) i komentarz nasłuchujących pomocników, na temat tego czy się całują, czy jedzą, na chwilę wywołały uśmiech na mojej twarzy. Akcja? Jaka akcja? Jedyna akcja jaką widział „Los numeros” to klaps i okrzyk „Akcja!” podczas realizacji filmu. A nie, była jedna akcja, na samym początku. Chociaż dziwne podskoki podczas strzelania z pistoletu, zilustrowane jakimiś hiszpańskimi rytmami (ah, to pewnie nawiązanie do hiszpańskobrzmiacego los numeros), wyglądały jak niezamierzona parodia jakiejś corridy. Nie mam pojęcia co twórcy chcieli pokazać tą źle zmontowaną strzelaniną.

Film Zatorskiego zamiast zaoferować moc atrakcji, rozbawić nas, od początku do końca wygląda jak taki sflaczały balon, z którego dawno uszło powietrze.

Leży też merytoryczna strona filmu. Na przykład Kuba zostaje wyrzucony z pracy w policji, mimo to przez cały czas paraduje z giwerą i odznaką policyjną. Drugi przykład – wysoko postawiony policjant przez swoją głupotę psuje efekt kilkumiesięcznego procesu rozpracowywania zorganizowanej grupy przestępczej, ale z pracy wywala za to swojego podwładnego, Kubę właśnie, który nawet nie oponuje. Nienajlepiej jest też ze stroną techniczną. Film prezentuje się niewiele lepiej od wszelakich „Majek” czy „Brzydul”, jakością wykonania bije na głowę jedynie „Annę Marię Wesołowską”. A teraz najlepsze! Muzyka swoim tempem i charakterem bezczelnie insynuuje i podkreśla, że na ekranie dzieje się niby coś śmiesznego albo ekscytującego. W rzeczywistości nic się nie dzieje, ale kapela dopierdala jakby iskry leciały. Wygląda to tak, jakby potańcówkę w sanatorium zilustrowano kawałkiem Rammsteina. Muzyka nie stworzy napięcia czy humoru jeśli nie ma go w scenariuszu, w dialogach, grze aktorskiej, obrazie.

Na pewno każdy z was był kiedyś na weselu, prawda? Po nocy pełnej atrakcji w postaci tańców, swawoli, hulanek, morza alkoholu i głośnej muzyki, rano sala wygląda jak sto nieszczęść, tu i ówdzie ktoś zalega pod stołem, a na ścianach wiszą sflaczałe balony. Film Zatorskiego zamiast zaoferować moc atrakcji, rozbawić nas/wzruszyć/dać czadu, od początku do końca wygląda jak taki sflaczały balon, z którego dawno uszło powietrze. Reasumując, „Los numeros” próbuje nabić widzów w butelkos, jest to film nudny, bezpłciowy, oscylujący wokół bezpiecznych schematów i bojący się wystawić głowę powyżej niskiej przeciętnej polskiego kina. Jeśli jednak nie macie co do rodzimych produkcji żadnych wymagań ani oczekiwań i wystarczy Wam, że po ekranie spaceruje Lesław Żurek, będziecie bawić się znakomicie.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane