Recenzje

KTOŚ WYJĄTKOWY. Jarmarczny scenariusz z nutką ciepłych relacji

Jennifer Kaytin Robinson w tym niedoszlifowanym debiucie zekranizowała swoje młodzieńcze wybryki - pytanie tylko po co?

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Trzy muszkieterki podbijają nierealny świat

Dyskutowałem dzisiaj z kumpelą, czy Ktoś wyjątkowy ma szansę zostać filmem wyjątkowym, umiejącym poruszać i zmuszać do powrotów. I choć ona odnajduje w nim swoją dziewczęcą paczkę i potrafi utożsamić się z jedną z bohaterek, a ja sam parę razy złapałem siebie na prychaniu do niesamowicie prostackich, aczkolwiek czasem zabawnych żartów, to doszliśmy do przewidywalnego wniosku, że był to zwyczajnie „kolejny film Netfliksa”. Nie oszukujmy się, już samo nadanie mu takiej łatki o czymś świadczy.

Ambitna dziennikarka żegna się z nowojorskimi przyjaciółkami przed przeprowadzką do San Francisco – taki opis odnalazłem w Internecie i wydał się dość intrygujący. Wnioskowałem, że nie obejdzie się bez dobranego soundtracku, emocjonalnych przeżyć bohaterek, paru życiowych przemyśleń i tak dalej, i tak dalej… W sumie się nie myliłem, jednak sama deskrypcja może być dosyć myląca. Fakt, Jenny (Gina Rodriguez) zamierza wyjechać do San Francisco, ale dopiero co zerwała z chłopakiem… po dziewięciu latach! Przyznam się, iż chyba nigdy nie widziałem takiego scenariuszowego zagrania, a otwiera ono dość ciekawe drzwiczki, zapowiadające coś prawdziwie odświeżającego. Niestety, zamykają się one tuż po ich otwarciu, sami zaś długo nie musimy czekać, by zamierzona koncepcja zaczęła się reżyserce rozjeżdżać. A szkoda!

Netflix

Widzieliśmy to trylion razy, ale w tym wszystkim na pochwałę zasługuje chemia, jaką udało się wytworzyć trójkątowi Rodriguez-Snow-Wise.

Boli mnie ta niewykorzystana szansa, kompletnie nie rozumiem, czemu firma tak śpieszy się z wydawaniem niedokładnych i nieprzemyślanych produkcji. Zobrazowana historia to dzień z życia trójki najlepszych przyjaciółek, które spotykają się w obliczu uczuciowej tragedii głównej bohaterki. Staje się to pretekstem do odbudowy ich relacji, ale i skonfrontowania z własnymi problemami. Erin (DeWanda Wise) zostaje zmuszona do zadania sobie pytania, czy stać ją na angażowanie się z lubą jej serca – tak, Netflix uwielbia takie bezpieczne zagrania, by nikogo nie urazić – natomiast Blair (Brittany Snow) będzie decydować, co dalej zrobić z sypiącym się związkiem. Widzieliśmy to trylion razy, ale w tym wszystkim na pochwałę zasługuje chemia, jaką udało się wytworzyć trójkątowi Rodriguez-Snow-Wise; te ciepłe relacje są przystępne i wdzięczne.

Wspomniana niewykorzystana szansa objawia się na każdym kroku. Połowa Kogoś wyjątkowego to typowy zlepek ledwie wiążących się scen, polegających najczęściej na żartach o wymiotowaniu, stosunkach płciowych i piciu trunków wysokoprocentowych. Dziewczyny imprezują, bawią się, spotykają starych znajomych, jeny, nawet palą zioło, symbol filmu o przyjaźnie i balandze; całość staje się kolażem dobrej zabawy pod tytułem Super Zioło 2: Girls power. Problem leży w tym, że pomimo przedstawienia tych infantylnych i podobno śmiesznych atrakcji widz nie będzie się bawił równie dobrze. Raczej z zażenowaniem obejrzy, zadając sobie pytanie, dokąd to wszystko zmierza. A donikąd, tym charakteryzuje się dzisiejszy Netflix.

Netflix

Dobry koncept, serio, ale jego jakość i przesłanie tracą na znaczeniu, kiedy film skacze

Drugi aspekt, na którym scenariusz bazuje, to utracony związek Jenny i jej chłopaka (zazwyczaj wybitnie dobry Lakeith Stanfield, znany wszystkim z Atlanty). Napisałem „zazwyczaj”, bo tutaj jakoś gra od niechcenia, nie stara się, mamrocze coś pod nosem, po prostu jest. Oczywiście zamiar jest trochę celowy, ma on być przeciwieństwem wiecznie głośnej i temperamentnej Jenny. Same powody, dla których się rozstali, zostają wyjaśnione, wyjazd do San Francisco nie jest jedyną przyczyną. Twórcy przedstawiają nam, jak różne kontrasty – poświęcenie się pracy kontra brak odnalezienia swojego ja, sukcesy zawodowe kontra ciągłe niepowodzenia – mogą prowadzić do konfliktów w nawet tak stałych i, wydawałoby się, idealnych relacjach. Dobry koncept, serio, ale jego jakość i przesłanie tracą na znaczeniu, kiedy film skacze: od głupkowatej scenki z jaraniem jointa po płacz i smutne epizody; od bardzo przykrych i czułych momentów po odwiedziny u „króla marihuany”. Widzicie jak strasznie to brzmi? Przypomina mi to trochę polskiego Juliusza, ta sama reguła, ten sam problem.

Ten nieudolny miszmasz ma w sobie trochę muzycznego tła, które może w oczach osób zwracających na takie szczegóły uwagę podniesie rangę Kogoś wyjątkowego o jeden szczebel. Retrospekcje bohaterki łączą się z muzyką Phoebe Bridgers, same kumpele wybierają się na prestiżowy festiwal muzyczny, na którym pojawia się Questlove (kojarzyć go możecie z programów Jimmy’ego Fallona), a koncert daje kanadyjska piosenkarka Jessie Reyez. Dopieszczenie szczegółów, choć zupełnie niepotrzebne. Mogli doszlifować ukazaną opowieść, wszystkim by to wyszło na dobre.

Netflix

Nie odejmę filmowi uroku; Ktoś wyjątkowy próbuje być niezwykły, ma w sobie trochę oryginalności, mierzy się z nie do końca przepracowanymi przez ludzkość problemami, posiada też jednak syndrom „dziesięciu żartów na siłę”. Na koniec przyznam się do czegoś. Siedzi mi on w głowie i chyba w tym jest jego niewykorzystana, ale wciąż istniejąca moc. Podwyższam ocenę o jedną gwiazdkę.

Ostatnio dodane