Recenzje

KSIĄŻĘ PERSJI: PIASKI CZASU. Jake Gyllenhaal w adaptacji popularnej gry

Autor: Dawid Karpiński
opublikowano

Dwa miliardy dolarów – tyle zarobiły sequele Piratów z Karaibów. Nic dziwnego, że spółka Bruckheimer/Disney chętnie zainwestowała w kolejny przygodowy cykl, tym razem bazujący na słynnej serii gier, w dodatku stworzonej przez zaledwie jednego człowieka na początku lat 90. Gra była wymagającym platfromerem ze świetnym systemem walk i realistyczną animacją. Gracza cały czas stymulował limit czasowy, zmuszając do wyuczania się na pamięć kolejnych etapów. Po jeszcze trudniejszym sequelu („Shadow and Flame”) i nieudanym debiucie w 3D („Prince of Persia 3D”) seria została zresetowana przez francuski Ubisoft. I to właśnie na tej części wzorowany jest film, do klasycznej serii nawiązując jedynie kadrem tytułowym (naturalnie smaczków jest więcej).

Para głównych bohaterów to największa zaleta filmu, humor i wzajemne docinki sprawiają, że chce się oglądać ich perypetie.

Tworząc Sands of Time, Francuzi wpletli w rozgrywkę możliwość ograniczonego manipulowania czasem. Film dosyć luźno opiera się na grze, czerpiąc także kilka pomysłów z jej sequeli. Obiektem pożądania jest napędzany tytułowymi piaskami sztylet, pozwalający cofnąć czas dosłownie o kilka chwil. Możliwości oręża zostały mocno okrojone w stosunku do pierwowzoru i jego użyteczność staje się dyskusyjna. Po dwukrotnym użyciu napędzające urządzenie piaski zużywają się i trzeba się tłuc przez pół Persji, żeby ponownie to ustrojstwo napełnić. W intrygę zostaje wplątany książę Dastan, w którego żyłach tak naprawdę nie płynie błękitna krew, ale po różnych zakrętach życiowych trafił na dwór. Towarzyszy mu księżniczka podbitego królestwa – w tej roli prezentująca się obłędnie Gemma Arterton. To jej drugi w ostatnim czasie film z gatunku kina przygodowego, po drugoplanowej roli Io w takim sobie Clash of The Titans. Kariera Gemmy nabiera rozpędu, a występ w serii Prince of Persia – jeśli doczekamy się (forsa, forsa, forsa) sequeli – bardzo jej pomoże.

Para głównych bohaterów to największa zaleta filmu, humor i wzajemne docinki sprawiają, że chce się oglądać ich perypetie. Do scenariusza, oprócz powtarzalności, nie mam większych zastrzeżeń, historia na początku wciąga, w środku zalicza lekkie dłużyzny, aby na koniec pokazać pazur. Niestety, znany z gry motyw podróżowania w czasie został niewykorzystany, jest jedynie jego namiastka, która wypada świetnie, ale pozostawia niedosyt. Jestem pewien, że gdyby szkielet historii oparto bardziej na możliwościach sztyletu niż chęci jego posiadania, to dostalibyśmy coś więcej niż porządny, ale jednak schemat. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, Molina jako wesoły cwaniaczek czy trefny na pierwszy rzut oka stryj sir Ben Kingsley, to znane i lubiane klisze, ale nic ponadto.

W grze pełno było sekcji, w których należało biegać po ścianach, odbijać się od nich i wyczyniać inne cuda, więc nie mogło tego zabraknąć w filmie. I faktycznie, jest sporo akrobacji, część z nich Jake wykonał osobiście (pewnie te łatwiejsze;) ale nie ma niczego, czym można by się specjalnie zachwycać. Krótkie, ale o wiele bardziej intensywne i sycące popisy parkourowców mieliśmy już w Casino Royale i Szklanej pułapce 4.0; o filmikach z tymi wariatami, jakie można znaleźć w sieci, nawet nie wspominam.

Pomijając finałowy CGI overload, efekty trzymają poziom, znakomicie prezentuje się użycie sztyletu, kiedy jego posiadacz jakby wychodzi z siebie, obserwując z boku, jak cofają się wydarzenia. Można było się spodziewać, że za 150 milionów zielonych film będzie napakowany efektami, a tu, ku zaskoczeniu, sytuacja jest odwrotna niż np. w Mumii 2 czy Królestwie Kryształowej Czaszki, w których często wręcz nadużywano komputera.

Całkiem nieźle spisał się Harry Gregson-Williams, od czasów ścieżki dźwiękowej do Królestwa Niebieskiego nie słyszałem porządnego soundtracku utrzymanego w orientalnych klimatach. Przed seansem zdążyłem się naszprycować ścieżką dźwiękową z filmu, i chociaż nie jest to jakość na miarę kompozycji Badelta i Zimmera do „Gwiazdy Tańczą na Lodzie” (i przy okazji Klątwy Czarnej Perły) to miło się go słucha. Motyw przewodni jest w porządku, a całość ma zawadiacko awanturniczy posmak. Przy okazji polecam zapoznanie się z soundtrackiem z gry, połączenie orientalnych instrumentów i gitary basowej daje potężnego kopa.

Piaski Czasu są przyjemnym w odbiorze, lekkim, letnim blockbusterkiem, ale niczym ponadto. Z drugiej strony, nieczęsto trafia się solidny film przygodowy. Tak naprawdę „jedyne”, czego tu brakuje, to lepiej skonstruowany scenariusz, wtedy mielibyśmy prawdziwego killera na miarę pierwszych Piratów z Karaibów.

Tekst z archiwum film.org.pl (21.05.2010).

Ostatnio dodane