Recenzje

KSIĄŻĘ CIEMNOŚCI. W paszczy Carpentera

Diablo dobra apokalipsa - pulsująca napięciem, grozą i brzmieniem syntezatora.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Carpenter wie, jak zawiązać akcję. Już od pierwszych sekund, mimo że teoretycznie nic się nie dzieje, czujemy tchnienie grozy. Wrażenie obcowania z Innym zagęszcza się stopniowo. Carpenter nie spieszy się nigdzie, nie od razu otwiera pudełko pełne paranormalnych frykasów. Na początku działa pulsująca muzyka i niepokojące kadry czy sceny (dziwny blask słońca, ujęcia na mrówki lub opętańcza barwa głosu bezdomnej kobiety liżącej dłoń księdza). Poznajemy bohaterów, problem, z którym mają się zmierzyć, a w tkankę startującej historii naturalnie wpleciono wzrastającą niesamowitość świata przedstawionego. Mamy czas uwierzyć w ten świat i w całą sytuację, zanim zacznie się terror i rzeczywistość się wykolei. Równolegle do głównego wątku rozgrywa się romans (te bywają naprawdę makabryczne w wielu horrorach) dwojga studentów, ale na szczęście nie niweluje on grozy, nie jest też przesłodzony czy męczący. Nasza para lubi zresztą rozmawiać o naturze rzeczywistości i kocie Schrödingera, a nie o imprezach, więc nie rozbija stylistycznie filmu. Bohaterowie nie są jednak najmocniejszym atutem filmu. Nie drażnią, ale nie zapadają w pamięć. Akcje postaci spadają także przez dialogi, którym nieco brakuje życia i naturalności. Najciekawiej wypadła postać księdza. Kreuje go Donald Pleasence, aktor doświadczony, charakterystyczny i z ciekawym, różnorodnym dorobkiem na koncie. W Halloween grał psychiatrę, który ściga pacjenta – zło wcielone – samemu pozostając postacią nieoczywistą i niepokojącą. Tutaj wnosi podobne fluidy w rolę duchownego, który zresztą nazywa się tak samo jak postać z cyklu o Michaelu Myersie. Pleasance zawsze dodaje smaczku filmom, w których się pojawia, i w naturalny sposób podrasowuje aurę niezwykłości. Ksiądz Loomis to kolejna mroczna perła w jego dorobku. Na czele bezdomnych zombie (?) stoi Alice Cooper. Jest to raczej ozdoba filmu i część tła niż pełnoprawna rola, ale fani popowo-rockowych mroków powinni wiedzieć, że wokalista bryluje i u Carpentera.

Po tym, jak bohaterowie przenoszą się do kościoła, następuje aktywacja nieziemskich pierwiastków, a grupa stanie się dla nich celem. Dzieje się to wciąż jeszcze stopniowo i stosunkowo powoli – Carpenter, wielki fan H. P. Lovecrafta, dobrze wie, że pełznące zło godniej się prezentuje niż wszelkie zerwane ze smyczy Piły czy HosteleStając przed odwiecznym problemem twórcy grozy (ile pokazać, żeby horror nie stał się śmieszny lub trywialny?), reżyser wychodzi z twarzą. Carpenter dał nam oryginalną i odważną wizję. Szatan objawia się tu jako szlam, przenosi z ust do ust pod postacią kaskady, a jego aktywności towarzyszy mnóstwo niezwykłych zjawisk. Świat staje się chaosem. Horrorem właśnie. Nie jednorodnym, przewidywalnym, usystematyzowanym rykiem tego czy owego potwora, ale ciągiem dziwów. Ontologiczne potrzaskanie codzienności, brak jakichkolwiek pewników, obrzydliwa groza napierająca zewsząd i bezradność ludzi – oto ciekawy wariant apokalipsy. Jednocześnie jej architekt pozwolił sobie na skakanie z pomysłu na pomysł, rezygnując z krystalicznej czystości swych wcześniejszych tytułów, które zazwyczaj łatwo jest streścić w jednym – dwóch zdaniach. Sporo tu grzybków w barszczu: opętanie przez złowrogi płyn, tajemnicze, gruboziarniste sny nawiedzające naukowców, zombie-bezdomni, dziwny ksiądz, filozoficzne rozmowy o zasadach porządkujących świat i wątek świeżo odkrytej Supernowej. Wiele z nich zostaje niedopowiedzianych, ledwie ruszonych.Wygląda to jak the best of gatunku lub twórcze “zawsze chciałem to zrobić”. Historia wydaje się mało oryginalna, przypomina patchwork. Chwilami film wygląda jak dokonania Dario Argento, takie jak Odgłosy czy Inferno, celujące w kapitalnie oświetlone, intensywne sceny i psychodeliczny klimat, za to mniej skoncentrowane na fabule.

Ostatnio dodane