Recenzje

KRZYK 4. Mało oryginalny, choć z przebłyskami geniuszu

Autor: Tomasz Stankunowicz
opublikowano

Od ostatniego Krzyku minęło jedenaście lat. Seria miała zostać trylogią, ale ostatecznie zapadła decyzja o nakręceniu kontynuacji. Craven odgrażał się, że podejmie się reżyserii tylko w wypadku, gdy scenariusz sequela będzie równie dobry, co scenariusz pierwszej części. Do tego Williamson dostarczył pierwszą wersję scenariusza po terminie, co mogło sugerować coś naprawdę wyjątkowego, więc oczekiwania odnośnie filmu były w moim przypadku dość wysokie.

Film otwiera morderstwo dwóch nastolatek. Sprawą zajmuje się aktualny szeryf Woodsboro, Dewey Riley. Jego żona, Gale Wheathers usiłuje napisać książkę, ale brakuje jej natchnienia. Odzywa się w niej reporterski instynkt, by gonić za sensacją, ale co zrobić, gdy sensacji nie ma? Udręka bohaterki nie trwa długo, bo do rodzinnego Woodsboro przyjeżdża Sidney Prescott by promować książkę motywacyjną, w której opisuje jak udało jej się przetrwać wszystkie dotychczasowe tragedie. Wystarczy dodać, że wszystko to odbywa się w okolicy rocznicy wydarzeń z pierwszej części Krzyku i już wiadomo, że Sidney będzie miała większe zmartwienia niż podpisywanie egzemplarzy książki, a Gale znajdzie upragnioną sensację.

Fabuła jest skonstruowana dość niezdarnie, akcja przechodzi od jednej sceny gonitwy/ zabójstwa do drugiej, i do następnej; bez wytchnienia. I tak chwilę to trwa, aż nagle film na kilka minut staje w miejscu i nic z kolei się nie dzieje. Bohaterowie próbują rozprawić się emocjonalnie z tym, co przed chwilą miało miejsce, bo przecież ktoś zginął. Twórcy starają się jakoś umiejscowić poszczególnych bohaterów w tym całym zamieszaniu, ale jest to rozpisane miałko, a dialogi są tak niezgrabne, że zamiast wywołać u widza jakąś emocjonalną reakcję, zwyczajnie nudzą. Brakuje w tym wszystkim równowagi. W którymś miejscu bohaterki naśmiewają się z sequela Piły, ale twórcy Krzyku 4 wpadają w te same sidła. Co prawda Krzyk 4 nie jest tak brutalny i wizualnie dosadny, ale w podobny sposób nie potrafi wykreować więzi między widzem a bohaterami.

 Reszta niestety też nie zachwyca, a scenom pogoni mordercy za ofiarami i ich zabijania brakuje oryginalności. Każda poprzednia część miała tu coś do zaoferowania. Najpierw mieliśmy bezbronną, typową „blondynkę”, która w pewnym momencie przestaje uciekać i przechodzi do defensywy (np. Tatum rzucająca butelkami w Ghostface’a, a następnie uderzająca go drzwiami lodówki). Z biegiem akcji bohaterowie zdobywali doświadczenie, z każdym kolejnym filmem relacje między mordercą a ofiarą ewoluowały, w pewnym sensie osiągając kulminację w części trzeciej, gdy ofiara staje się łowcą. Jednocześnie twórcy tworzyli coraz to nowe przeszkody, które urozmaicały krwawą jatkę. W tej części wyraźnie tego brakuje. Młodzi bohaterowie, wychowankowie internetu, Facebooka i iPhone’ów są w sytuacji zagrożenia kompletnie bezradni, brakuje im pomysłowości, sprytu. Zawodzą nawet podstawowe odruchy, bo czy instynkt samozachowawczy ma się ograniczać do wykrzykiwania „NIE!!!”? Nawet nie próbują się bronić, co jest o tyle dziwne, że kilkoro bohaterów jest miłośnikami horrorów, należą do filmowego klubu dyskusyjnego, można by się spodziewać, że mają choćby minimalną wiedzę, co robić w takiej sytuacji. Nic z tego. Zapewne chodziło o stworzenie kontrastu między nowym a starym. Sidney jest dużo bardziej zaradna w konfrontacji z mordercą, również Gale go nie oszczędza i nie poddaje się bez walki. Ale w wyniku tego zabiegu nowi bohaterowie są jakby wycięci z kartonu, trudno komukolwiek dopingować.

Poprzednie części skupiały się na sequelach (Krzyk 2) i trylogiach (Krzyk 3) omawiając prawa dotyczące każdej z tych form, wytykając najczęściej popełniane przez twórców błędy i wyśmiewając się z konwencji. Tym razem Wes wziął na tapet remake, zresztą bardzo słusznie. Obserwujemy zalew przeróżnych produkcji usilnie starających się poprawić oryginalne wersje i w większości przypadków ponoszących sromotną klęskę. Rzecz jasna piszę o tym „poprawianiu” z lekkim przymrużeniem oka, bo zakładamy, że remake ma być swego rodzaju ulepszeniem albo odświeżeniem, jednak najczęściej to tylko kwestia pieniędzy i odgrzewania starych kotletów. Twórcy zarzucają remake’om brak oryginalności, ale sami nie są w stanie zaserwować nic świeżego. Są w filmie momenty, przebłyski geniuszu, bardzo dowcipne i błyskotliwe, niestety jest ich zdecydowanie za mało. Dominują suchary pokroju „pierdolę Bruce’a Willisa”.

Film nie jest taki całkiem straszny jak mogłoby się wydawać. Po piętnastu latach Neve Campbell staje przed kamerą, wciela się w rolę Sidney Prescott po raz czwarty i robi to w taki sposób jakby niczym innym się nie zajmowała. Gdy Sid odbiera telefon od mordercy i słyszy jego groźby, wyraz jej twarzy mówi wszystko o utracie najbliższych i ich tajemnicach, w jej oczach widać autentyczny strach. Słowem – ogromny, trochę niedoceniony talent. Oglądanie jej na ekranie to czysta przyjemność. Muszę pochwalić też Hayden Panettiere, bo mimo wszystko potrafiła wykreować ciekawą postać, zdecydowanie najlepszą z całej nowej ekipy.

Jako miłośnik serii jestem trochę rozczarowany nowym filmem Cravena. Być może oczekiwałem zbyt wiele, ale z drugiej strony czas najwyższy, żeby reżyser ten przypomniał wszystkim, kto rządzi w kategorii horroru. Mimo wszystko fajnie było ponownie spotkać się z bohaterami serii i po raz kolejny zabawić się w typowanie mordercy. Pomysł z przerabianiem oryginału na nowo, tyle że w formie sequela, jest świetny, ale nie najlepiej wyegzekwowany.

Tekst z archiwum Film.org.pl (19 kwietnia 2011)

Ostatnio dodane