Recenzje

KRÓTKI METRAŻ #19: THE STAGGERING GIRL. Nowe dzieło reżysera „Tamtych dni, tamtych nocy”

Piękna i przeszarżowana erudycyjna mozaika, oszałamiająca wizualnie, ale równocześnie dusząca się w krótkometrażowej formie.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Zanim w jednym z pierwszych ujęć The Staggering Girl, najnowszego krótkometrażowego dzieła Luci Guadagnino, ujrzymy twarz głównej aktorskiej gwiazdy projektu, Julianne Moore, kamera proponuje nam zbliżenie na jej pelerynę. Impresjonistyczny wzór sygnalizuje nie tylko estetyczną wrażliwość reżysera, ale odsłania na samym początku charakter jego projektu. Film jest bowiem efektem inspiracji zeszłoroczną kolekcją Valentino Heute Couture, zaprojektowaną przez Pierpaola Piccioliego. Co mogło przynieść skrzyżowanie światów filmu i mody? Wyrafinowaną reklamówkę? Surrealistyczny kolaż, kreujący opowieść na wzór tkanych wzorów? Guadagnino celował chyba w coś pomiędzy.

Fabularny kręgosłup The Staggering Girl stanowi intymna historia Franceski, pisarki w średnim wieku, która wraca do rodzinnego Rzymu, by spotkać się z matką i namówić ją na przeprowadzkę do Nowego Jorku. Siwowłosa Sofia, natchniona malarka i projektantka, nie daje się jednak łatwo przekonać, a cała wyprawa do Włoch staje się dla Franceski podróżą nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. W The Staggering Girl realne wydarzenia tu i teraz krzyżują się ze wspomnieniami, wieloznacznymi impresjami i pełnymi kontemplacyjnej nabożności scenami rodzajowymi. W miarę rozwoju filmu, wraz z kolejnymi odsłanianymi przez Guadagnina teksturami i fałdami rzeczywistości, wyłania się obraz psychologicznego doświadczenia dojrzałej kobiety zmagającej się z rzutującą na jej percepcję świata i relacje z otoczeniem figurą matki. Korespondując z kolekcją Piccioliego, Guadagnino nasyca tę opowieść symbolicznymi podtekstami, kierując całość ku rozważaniom o mitologiczno-archetypicznym podłożu, które manifestują fantazyjne wzory i kompozycje (zarówno ubrań, jak i kadrów).

Właściwie stworzony przez Michaela Mitnicka scenariusz można uznać za pretekstowy dla barokowej, intertekstualnej układanki, jaką proponuje Guadagnino. Mieszając inspiracje modowe, zakorzenioną w tradycji malarskiej wrażliwość i szkatułkową formułę narracji przywodzącą momentami na myśl symboliczne plątaniny z filmów Mai Deren czy surrealistyczne labirynty Davida Lyncha, Włoch daje (nie po raz pierwszy) popis swojej kulturowej erudycji i estetycznego wysublimowania. Dzięki zręcznemu podjęciu tropów wykorzystywanych w projektach Piccioliego, The Staggering Girl sprawdza się wręcz rewelacyjnie jako filmowa nadbudowa Valentino Heute Couture, ożywiająca jej wzory i przekuwająca intrygujące motywy na równie złożoną opowieść na pograniczu kilku dziedzin sztuki.

Można jednak odnieść wrażenie, że Lucę Guadagnino gubią jego artystyczne ambicje. Nie poprzestaje on bowiem na ciekawej impresji, stanowiącej coś w rodzaju autorskiej interpretacji kolekcji Valentino, ale stara się popchnąć The Staggering Girl jeszcze dalej, uczynić z niej kompletną wypowiedź artystyczną, rozwijającej estetyczną wirtuozerię w prawdziwie mistrzowski fresk, oszałamiający w formie i głęboki od znaczeń. Dlatego też niestety przesadza, przeładowując niespełna czterdziestominutowy film odniesieniami, pełnymi natchnienia, refleksyjnymi pasażami i pretensją do artystycznego eklektyzmu. Każąc swoim aktorom performować kolejne wymyślne kompozycje, wypowiadać z namaszczeniem górnolotne refleksje o sztuce i spinając te wszystkie „muzealno-galeryjne” formacje na wskroś modernistyczną psychologiczną dynamiką, reżyser Tamtych dni, tamtych nocy oszałamia, ale w sposób przyprawiający o lekki zawrót głowy i okrzyk „za dużo!”.

Po raz kolejny po Suspirii Guadagnino grzeszy więc nadmiarem, za bardzo galopując ze znaczeniowymi i intertekstualnymi ambicjami. Co jednak ciekawe, o ile w remake’u klasycznego horroru Daria Argento głównym problemem było rozciąganie opowieści na zbyt wiele płaszczyzn, tak w The Staggering Girl mamy do czynienia z przeciwnym biegunem, problemem przesadnego ściśnięcia wątków. Krótki film zdaje się bowiem pękać w szwach od bogactwa motywów, którym brakuje przestrzeni (czytaj: czasu) do klarownego rozwinięcia, tworząc niemal chaotyczny tygiel warstw. Historia Franceski dusi się w krótkometrażowej formie, a intrygujące momenty są, no cóż, tylko momentami, z których nie rodzi się swobodna, pozwalająca rozsmakować w wieloznacznościach i estetycznych meandrach całość. Z drugiej strony, estetyczna konstrukcja obrazu nie pozwala temu zduszeniu wytworzyć prawdziwie klaustrofobicznej atmosfery zamiast egzystencjalnej ciasnoty, dając wrażenie zbyt ciasnego skrojenia filmowej tkaniny.

Film zdaje się pękać w szwach od bogactwa motywów.

Podobnie mało przestrzeni otrzymują w The Staggering Girl aktorzy, którzy momentami zdają się jedynie modelami na wymyślnym wybiegu zrodzonym w głowach Guadagnina i Piccioliego. W zasadzie jedynie wcielająca się w młodszą wersję Sofii Mia Goth dostaje pole do faktycznego kreowania postaci, podczas gdy reszta doborowej obsady – poza Moore pojawiają się też Kyle MacLachlan, Alba Rohrwacher i Marthe Keller – po prostu przed kamerą jest, bez możliwości pociągnięcia dalej intrygujących elementów swoich postaci. Zakrawa to niemal na marnotrawstwo, bo przecież jeśli zbiera się, tak fenomenalnie ubiera i wymyślnie komponuje takie nazwiska, to wypadałoby pozwolić im zagrać.

The Staggering Girl bliżej więc ostatecznie dla rozbudowanego materiału promocyjnego niż pełnoprawnej i satysfakcjonującej narracji filmowej. Ze wspaniałymi zdjęciami Sayombhu Mukdeeproma i świetną ścieżką dźwiękową autorstwa Ryûchiego Sakamoto to na pewno uczta dla zmysłów i projekt cokolwiek interesujący za sprawą wielowarstwowych kontekstów i wysmakowanych kompozycji obrazów, dźwięków oraz barw. Guadagnino udowadnia po raz kolejny, że jest reżyserem o ponadprzeciętnej wrażliwości, widać też jednak nie po raz pierwszy, że lepiej mu robi, gdy jest ona spięta gorsetem klasycznie realistycznej opowieści. Bo wielobarwną mozaikę z The Staggering Girl ogląda się naprawdę świetnie, a odkrywanie kolejnych poziomów nawiązań i analogii sprawić może dużo radości – tyle że na tę radość i zmysłową przyjemność nakładana jest uporczywie snobistyczna pretensja do wielkich liter. A w gruncie rzeczy pod wymyślną fakturą kryją się dość rozpoznane i nieszczególnie pogłębione treści. Największą wartością pozostaje więc erudycyjne tkactwo. Niby to już dużo, jednak trudno pozbyć się poczucia, że trochę za mało.

Ostatnio dodane