Recenzje

KRONIKA. Nietypowe science fiction

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Niby od dłuższego czasu nasze kina zalewane są przez serie kolejnych ekranizacji komiksów „superbohaterskich” (które, jak twierdzą złośliwi, trudno od siebie odróżnić) i powoli zaczyna się to wszystkim przejadać, ale zawsze wśród nich znajdzie się kilka pozycji starających się podejść do tematu nieco inaczej. Cóż, może „wśród nich” to niezbyt szczęśliwe określenie, bo dwa najciekawsze tytuły z tej kategorii: Defendor i Super, w Nadwiślańskim Kraju trafiły prosto na DVD i raczej nie odbiły się echem w świadomości widzów. A szkoda, bo w temacie miały do powiedzenia znacznie więcej niż wyświetlany w kinach Kick-Ass, który w pewnym momencie przestaje być dekonstrukcją mitu zamaskowanego mściciela, zamieniając się w radosną jatkę z plecakiem rakietowym i wielolufowymi karabinami maszynowymi w tle.

I właśnie w takich okolicznościach przyrody na ekrany trafia Kronika, czyli pierwszy film o facecie z nadludzkimi mocami nakręcony w stylistyce found footage, czyli po ludzku: w stylu znanym z Blair Witch Project. To Cannibal Holocaust był pierwszy, ignorancie! – dało się słyszeć gdzieś z końca sali, po czym ktoś wychodząc mocno trzasnął drzwiami. Nie będziemy w to wnikać, bo nie o genezę tego rozwiązania w poniższej recenzji chodzi. Bohaterami Kroniki są trzej uczniowie szkoły średniej, którzy w wyniku kontaktu z bliżej niezdefiniowanym przedmiotem niewiadomego pochodzenia otrzymują telekinetyczne moce – za pomocą siły woli mogą oddziaływać na materię. Początkowo mogą poruszać na odległość niewielkimi przedmiotami, aby w końcu nauczyć się przesuwać samochody, a nawet latać, używając umiejętności na samych sobie.

Scenariusz filmu skupia się na tym, jaki wpływ otrzymanie takich umiejętności ma na bohaterów. Nie ma tu jednak klasycznej sztampy ciągnącej się za Spider-manowym „wielka moc oznacza wielką odpowiedzialność”. Zamiast tego młodzi supermeni spędzają czas na zabawie, dowcipach i nadużywaniu mocy dla własnych celów, co wypada całkiem prawdopodobnie i przekonująco. „Dobra, ale Człowiek Pająk też nie od razu przywdział rajtuzy i wypowiedział wojnę występkowi, na początku chciał się po prostu dorobić” – zgadza się. Tak naprawdę Kronika opowiada swoją historię operując dosyć wyświechtanymi motywami przewijającymi się w kinie od dawna. Najbardziej istotną różnicą w tym przypadku jest to, że (w największym skrócie) jest to film nie o superbohaterze, a o superłotrze. Główny bohater – Andrew – to chłopak, który przez całe życie miał pod górkę. Nigdy nie zaprzyjaźnił się z nikim więcej niż swoim kuzynem, nigdy nie miał dziewczyny, a w domu czekała na niego jedynie chora na raka matka i nadużywający alkoholu, żyjący z otrzymywanej renty ojciec. W wyidealizowanej wersji tej opowieści moce stałyby się katalizatorem zmian na lepsze w jego życiu i wszystko skończyłoby się happy endem. W Kronice ciąg wydarzeń doprowadza Andrew do zamknięcia się w sobie, rozpaczy i, w efekcie, załamania nerwowego skutkującego finałowym, niszczycielskim rajdem ulicami dużego miasta.

Trzeba przyznać twórcom, że wątek zatracania się głównego bohatera w swoich rosnących możliwościach poprowadzili całkiem sprawnie, ale nie ustrzegli się kilku uproszczeń sprawiających wrażenie pójścia „na skróty”. Do pewnego momentu Andrew stara się umotywować swoją wyższość nad zwykłymi ludźmi filozoficzno-ewolucjonistycznymi tezami, ale scenariusz ślizga się po tym temacie tak szybko, że pozostawienie kompleksów i szaleństwa jako jedynych motorów napędowych historii mogło wydawać się bardziej trafionym pomysłem. Twórcy nie popisali się też konstruując resztę bohaterów – wszyscy oprócz Andrew są rozbrajająco jednowymiarowi i w gruncie rzeczy nieciekawi. Najgorzej w tym zestawieniu wypada główny bohater pozytywny, który przechodzi transformację z ciapowatego kujona w zwykłego ciapowatego bohatera i na tym jego rola praktycznie się kończy.

Wracając jeszcze do stylistyki found footage: problem z jej użyciem w jakimkolwiek filmie jest taki, że jest to coś więcej niż stwierdzenie – postacie mają świadomość bycia obserwowanymi, a kamera znajduje się w centrum akcji. Widz musi zostać przekonany, że w danej sytuacji kamera zwyczajnie powinna być włączona, z dowolnego, nawet najbardziej błahego powodu takiego jak kręcenie filmu z imprezy, od której zaczyna się Cloverfield. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie kupiłby motywacji bohatera, który oznajmia ni z tego, ni z owego: „od dziś nagrywam wszystko co robię”. Właśnie… dokładnie tak zaczyna się Kronika i jest to jej największa wada. W dalszej części filmu scenariusz stara się pociągnąć wątek radzenia sobie Andrew ze swoimi problemami właśnie poprzez „odcięcie się” od świata za pośrednictwem kamery, ale takie wytłumaczenie bardzo trudno przełknąć. O ile ciekawiej byłoby rozpocząć film w momencie pierwszych prób nowych umiejętności bohaterów, wplatając wątki rodzinne już w trakcie. W obecnej postaci zanim zacznie się akcja, trzeba przesiedzieć przez nudny i nieprzekonujący początek.

Kronikę mimo wszystko warto obejrzeć, choćby dla samej finałowej sekwencji walki w mieście, podczas kręcenia której twórcy musieli wykazać się ponadprzeciętną pomysłowością. Z jednej strony musieli pokonać problem wykazania się odpowiednim efekciarstwem przy mocno ograniczonym budżecie, a z drugiej – problem spójności stylu przedstawienia akcji przy założonym efekciarstwie. W obu przypadkach efekt jest nie najgorszy.

PS. Na film z największą chęcią i tak pójdą osoby, które widząc zwiastun pomyślały, że ktoś w końcu postanowił nakręcić aktorską wersję Akiry Katsuhiro Otomo. I te osoby po zobaczeniu na ekranie paru akcji i smaczków z uderzeniem w asfalt z siłą wybijającą mały krater na czele, powinny wyjść z kina ukontentowane.

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks. Tekst z archiwum Film.org.pl (12 lutego 2012)

Ostatnio dodane