Recenzje

KRÓLOWA POTĘPIONYCH (2002)

Nudna kontynuacja wampirzej legendy.

Autor: Iwona Kusion
opublikowano

Sex, blood and rock'n roll

Jestem wampir Lestat. Od wieków się błąkam, samotny, opuszczony, zawieszony między granicą życia i śmierci… czy nie brzmi to dla was znajomo? Oczywiście! Usłyszeliście to już z ust mego pięknego towarzysza. Zrzućmy więc tę maskę fałszywego cierpienia… egzystencja wampira nie jest wcale taka zła. Rozrywki dostarcza chociażby zabawa z pokarmem. Ludzi jest tak łatwo zwieść. Jest w tym coś, co przyciąga, co pozwala ich smakować, poczuć bicie ich serca, kosztować ciepłej, słodkiej krwi, usłyszeć krzyk bezradności czy doświadczać naiwnego braku świadomości… Są tacy delikatni, lubią cierpieć, niektórzy potrafią tak mocno pielęgnować w sobie ból… znałem niegdyś jednego z nich. Coś mnie w nim urzekło, w dziwnie destrukcyjny sposób go pokochałem i uczyniłem takim jak ja… no, prawie takim. Obok umiłowania bólu miał to, co zwie się wyrzutami sumienia. Wieczny cierpiętnik. Jakże to nudne się stawało, a jednak… to nie ja go porzuciłem, a on uciekł ode mnie. Ale… przecież jego już znacie, znacie też opowieść, którą wam przedstawił. Cóż to była za nostalgiczna podróż w przeszłość! Co jakiś czas powracam do wywiadu, jakiego udzielił. Czy was także już on znużył?

Nie będę ukrywał, iż Louis zawsze miał dar do melodramatyzowania. Czas, abyście usłyszeli historię opowiedzianą przeze mnie… Bez wątpienia Louis miał już swoje pięć minut. Teraz oddajmy głos Lestatowi, bo czy aby na pewno w wersji pana Jordana nie było przekłamań? Czy naprawdę ów wampir był taki cyniczny? Czy mordował całe rodziny? Jakże to tak! A może protoplasta Wertera coś przeinaczył? Może miał za złe swemu stwórcy, że ten uczynił go nieśmiertelnym, nie uśmierzając jednak bólu?

I tak oto próba zweryfikowania “przekłamanej wersji Louisa” zrodziła koszmar – Lestat otrzymał swój własny film. Zaznaczę na wstępie – nie przepadam za kontynuacją ‘przygód’ tej postaci, jakiej dokonała Anne Rice. Jak wiemy w Wampirze Lestacie odradza się… pod postacią gwiazdy rocka, takim go poznajemy, autorka wraz z kolejnymi kartami powieści skutecznie niszczy jego wizerunek, jaki wcześniej zbudowała. Mimo to książkę czyta się całkiem przyjemnie. Czy można powiedzieć, że analogicznie jest z oglądaniem obrazu pana Rymera?

Jak jeden wielki teledysk...

Wywiad z wampirem – dzieło idealne, piękne, zmysłowe, pociągające i magnetyczne. Życiowa kreacja Cruise’a, film, który może mierzyć się z literackim pierwowzorem i z nim wygrać. Obraz namalowany z dużym wyczuciem, ucieleśnienie piękna. Z początkiem nowego wieku otrzymaliśmy poniekąd jego kontynuację (a przynajmniej tak zapewniały hasła reklamowe)… ba – więcej, albowiem kompilację kilku powieści Anne Rice. Gdy widziało się przedpremierowy zwiastun, można było założyć, że to klip do jednego z kawałków Korn. I… właściwie te wrażenia zostają po obejrzeniu całości, albowiem twórcy zamknęli opowieść w formie przydługiego teledysku. Lestat ze śnieżnobiałą cerą, którą podkreśla seksowne odzienie z czarnej skóry oraz mocno pomalowane oczy, krzyczy do mikrofonu głosem Jonathana Davisa, a dziwne stwory lecą ku niemu i po chwili na scenie ma miejsce popis “kunsztu” walki.

Aby jednak dojść do tego punktu przedstawienia, należy wprowadzić jako taką fabułę. Ta koncentruje się wokół faktu, że muzyka Lestata jest przyczyną odrodzenia się królowej Akashy. Jest to kobieta zachłanna, pragnąca skąpać świat w morzu krwi, skłonna jednak rzucić go również pod stopy księcia, który wyrwał ją z wiecznego snu. Niestety, nie potrafi zrozumieć, że nie osiągnie tego swymi wdziękami, albowiem zaspokojenie żądzy nie jest tym, co wystarczy Lestatowi. Mężczyzna to wrażliwy zaprawdę i bliższa jego sercu okazuje się szara myszka w osobie niejakiej Jesse – bibliotekarki (sic!), która wchodzi w posiadanie jego pamiętników i zakochuje się w nim bez pamięci. I tak też pojawiła się okazja do rozbudowania fabuły – dzięki dziennikom wprowadzone zostają retrospekcje – w nich powracamy do tego, co w Wywiadzie… tak fascynowało, gdyż angażowało wyobraźnię, budziło domysły, było owiane tajemnicą – więc narodzin Lestata. Czy tu odkrycie owej tajemnicy daje satysfakcję? No cóż – dość wątpliwą. Brak w tej historii niepokojącego piękna. Miłym akcentem mogłoby się wydawać oderwanie od współczesności, ukazanej jak jeden wielki teledysk… niestety – szybko musimy w nią powrócić. Może następuje to bez większego żalu dla tych, co widzieli Wywiad z wampirem, bowiem narodziny Lestata okazują się być prawie kalką przeobrażenia Louisa.

Zatem faktycznie – Lestat się jawi w tym filmie inaczej niż ten z wywiadu, jakiego udzielił jego towarzysz… tylko czemu ma się wrażenie, że przecież to wszystko już było? Nie pomaga też za wiele odtwórca głównej roli. Pan Townsend w najmniejszym stopniu nie wykazuje talentu aktorskiego. Nie byłoby to tak odpychające, albowiem nie wypada źle na tle całego obrazu (a w każdym razie prezentowałby się całkiem atrakcyjnie, gdyby tak się nie silił, aby to osiągnąć). Z czasem można w dziwny sposób polubić tę jego manieryczną grę. Niestety szkodzi mu porównanie z poprzednikiem. Lestat Cruise’a był uwodzicielski, cyniczny, kreował siebie w sposób subtelny, pociągający. Townseand przekoloryzowuje swą postać. Nie jest to jednak jego sposób na nią, albowiem jej nie czuje (choć to, że nie czuje, trudno podawać jako wielki zarzut, bowiem trudno wczuć się i aktorom chyba w “klimat” tego dzieła). Chociażby w Lidze niezwykłych dżentelmenów gra przecież w sposób identyczny, bazując na przeciąganiu wypowiadanych słów i “uwodzicielsko” spoglądając spod brwi.

Może taki miał być wizerunek gwiazdy rocka, ale gdzieś w tym wszystkim zagubiła się fascynująca postać, jaką był Lestat w Wywiadzie z wampirem. Słaba gra oraz takie sponiewieranie jednego z najciekawszych bohaterów literacko- filmowych przekracza granice tolerancji. Szkoda też, że sama postać okazuje się… powieleniem Louisa (zaiste zadziwia oryginalność tego pomysłu!). Znika gdzieś drapieżność Lestata i zamiennie pojawia się kolejna odsłona werteryzmu. Nie lubię tego, że w kontynuacji powieści następuje wybielenie tej istoty, lecz książka ma inne atuty. Trudno natomiast doszukać się ich w obrazie. Przemiana Lestata nuży, chociaż to tu pojawia się ciekawy motyw ze starożytną królową wampirów.

Zatrzymajmy się więc na chwilę przy odtwórczyni roli wiekowej wampirzycy. Zastanawiające jest, że doceniono “kunszt aktorski” Aaliyah. Wynika to chyba niestety wyłącznie z faktu, iż o zmarłych źle się nie mówi. Aaliyah wygląda cudownie o poranku, na plaży usłanej trupami, kiedy gotowa jest ofiarować swemu mężczyźnie cały świat. Niestety, to tylko jedna scena, gdyż w pozostałych schowana pod przesadzonym makijażem prezentuje się znacznie mniej apetycznie. Brak ładnych kobiet – to zatem kolejny minus obrazu. O ile drugie, nieudolne wcielenie Lestata można w porywach określić mianem przystojnego, o tyle trudno to rzec o płci pięknej ukazywanej w tym filmie. Przy znacznym nakładzie dobrej woli wyłapałam kilka scen, gdzie Marguerite Moreau prezentuje się ciekawie. Jak na bohaterkę, którą widzimy najczęściej, wygląda zdecydowanie nieapetycznie.

Należy jednak oddać sprawiedliwość twórcom i pochwalić ich za wyczucie gustów współczesnej publiczności.

Piszę o urodzie, gdy bowiem obraz sięga takiego “antypoziomu”, warto byłoby dać widzowi postaci, na których będzie mógł przynajmniej zawiesić wzrok. Może się wydawać, że aktorzy, kiepski zlepek wątków i nieciekawa wizualnie forma to wszystko, co zadecydowało o formie filmu. A jednak – nie do końca. Otóż wytwórnia posiadała prawo do sfilmowania trzech książek autorki na określony czas, po którym to prawa powrócić miały do pani Rice. Zatem zrodził się pomysł, jakże przebiegły – połączono wątki z paru książek w jeden scenariusz… a jaki tego efekt – można przekonać się samemu… Należy jednak oddać sprawiedliwość twórcom i pochwalić ich za wyczucie gustów współczesnej publiczności. W żaden sposób nie podnosi ono walorów filmu, ale sprawia, że Królowa potępionych może mieć swych fanów. Konwencja rockowa, wybuchy, wampiry… wielu widzów znajdzie tu coś dla siebie. Jednakże podstawowy zarzut względem obrazu brzmi: jest niemiłosiernie nudny i nie zmienią tego pirotechniczne efekty czy też jedyna scena, w której udało się zawrzeć odrobinę erotyzmu – kąpiel w płatkach róż.

Podsumowanie nie będzie odkrywcze – chyba nikt nie nastawiał się bowiem na jakikolwiek wysoki poziom. Faktycznie, mając świadomość, że film nic sobą nie przedstawia, można nawet doświadczyć pewnej rozrywki. Gorzej, gdy ktoś oczekuje, iż będzie to kontynuacja Wywiadu…, iż poznamy opowieść odmienną niż ta, którą przytoczył już Louis. No trudno. Jednak czy film, który wrzuca się do gatunku zwanego horrorem, nie powinien choć troszeczkę przerażać? Sprawiać aby dreszcz przeszedł po ciele, a przynajmniej zapewnić sekundę, w której adrenalina się podniesie? Widocznie… nie powinien, czego usilnie dowodzi Królowa potępionych. Na korzyść tego filmu może przemówić chyba tylko fakt, że… nie irytuje on wielce. Ot, kolejna nieudana produkcja, która ani ziębi, ani grzeje…

Tekst z archiwum film.org.pl (01.09.2005).

Ostatnio dodane