search
REKLAMA
Recenzje

KOWBOJE I OBCY. Letni “letni blockbuster”

Rafał Donica

2 marca 2017

REKLAMA

Tekst z archiwum film.org (14.06.2011)

– UWAGA – MOŻLIWE SPOJLERY – UWAGA –

Trochę pewnie przesadzę, próbując zestawiać Kowbojów i obcych z przygodami słynnego archeologa-awanturnika, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wystarczyło dać Harrisonowi Fordowi inny kapelusz, w rękę bat i trochę rozbudować jego postać, byśmy mogli rozkoszować się kolejną odsłoną przygód Indiany Jonesa na emeryturze. Tymczasem 2/3 czasu ekranowego zgarnia całkiem przyzwoity aktorsko i wciąż ładnie zbudowany Daniel Craig, który w walce o palmę pierwszeństwa spycha Forda na drugi plan. Przez wprowadzenie na ekran dwóch wyrazistych protagonistów, cierpi niestety scenariusz i głębia postaci, bo scenarzysta, mając w ręku ciekawie wymyślonych typków z nie całkiem jasną przeszłością, w efekcie nie poświęca żadnemu z nich należytej uwagi. Parafrazując znane z Dzikiego Zachodu powiedzenie: “Ten scenariusz jest za mały dla nich dwóch”. Pozostali aktorzy grający w Kowbojach i obcych robią za tło, nie wystawiając nosa z tłumu nawet na chwilę. Pamiętacie Paula Dano z Aż poleje się krew i Sama Rockwella z Moon? Z filmu Jona Favreau ich nie zapamiętacie.

Reżyser znakomitego Iron Mana i jego całkiem udanej kontynuacji zalicza w swojej filmografii małe potknięcie.

Kowboje i obcy nie wzbudzają emocji. Choć bohaterowie są niejednoznaczni, nic z tego nie wynika, nie rodzi się żadna dramaturgia, ot, Jake Lonergan (Craig) był kiedyś zły, a teraz od początku filmu jest dobry i taki pozostaje do końca. Podobnie zły-dobry Woodrow Dolarhyde (Ford) – trzęsący okolicą i kryjący tyłek syna, wiecznego rozrabiaki, też dobrego, jak się ostatecznie okaże. Gdy zapowiadają się jakieś tarcia na linii Dolarhyde-Lonergan, okazuje się, że nic takiego nie ma miejsca, bo obaj dobrze dogadują się od początku do końca ekranowych wydarzeń. Brak iskier między bohaterami przekreśla z miejsca cały film, bo czym się emocjonować i na co czekać, skoro brakuje głównych składników dobrego scenariusza: konfliktu, wewnętrznej podróży bohatera, motywu przemiany.

Aby najlepiej opisać, jakie emocje w kinie lubię, a jakich mi w obrazie Favreau zabrakło, posłużę się przykładem Ognistego podmuchu Rona Howarda. Przypomnijcie sobie finałowy pożar i te sekundy, które przy wtórze eksplozji i ognia zapowiadały pojedynek na topory strażackie między Russellem a Glennem (do którego ostatecznie nie doszło). Albo gdy ranny Kurt Russell, patrząc na walczącego z płomieniami Williama Baldwina, ostatkiem sił krzyczał: “That’s my brother god damn it!” – sceny proste jak drut i uderzające w oczywiste struny, ale nawet teraz, jak je opisywałem, przeszedł mnie ten fajny dreszczyk, towarzyszący znakomicie rozpisanym relacjom między bohaterami, eksplodującym w finale. I właśnie takiej bomby zabrakło mi w Kowbojach i obcych, choć zarówno sam pomysł na western w otoczce science fiction, jak i wstępny rys postaci dawały szansę na wybuch emocji.

Co w takim razie oferuje Favreau?

Oferuje walkę tytułowych kowbojów z tytułowymi obcymi, ale nawet ona, choć usiana efektami z najwyższej półki, nie jest w stanie wynagrodzić słabizny scenariusza i wciągnąć widza w wir wydarzeń. Kosmici gromadnie atakują, ale walka z nimi polega na powtarzanym do bólu “cel-pal”, bez żadnych zaskoczeń, ciekawych rozwiązań czy nowatorskich pomysłów inscenizacyjnych. Pamiętacie strzelaniny z District 9? Tam niemal co ujęcie mieliśmy do czynienia z niecodziennymi motywami powodującymi opad szczęki – statek obcych monumentalnie wiszący nad miastem, kamera zamocowana na karabinie, Mech zbierający wystrzelone kule i rozwalający czarnoskórych handlarzy bronią, świnia jako broń, rozpędzony samochód powalający Mecha itd. itp. W Kowbojach i obcych nie ma akcji wartych uwagi, żadnej niespodzianki. Jako tako broni się jedynie prolog, scena ucieczki konnej przed latającymi pojazdami, skok Lonergana z pędzącego konia na latający pojazd i finałowe (dosłowne) wy…anie w kosmos statku obcych. To jednak zdecydowanie za mało na prawie dwugodzinny film.

Nie wykorzystano też humorystycznego potencjału całej historii. W miejsce zabawnych scen bazujących na zderzeniu Dzikiego Zachodu z kosmiczną technologią, Favreau daje motyw z zapałkami (potrzebnymi do podpalenia lontu) upuszczonymi na ziemię po długiej wspinaczce na statek obcych. Ha, ha. A nie, sorry, przypomniałem sobie, jest wybitnie zabawna scena zmartwychwstania, czy raczej z-ogniska-wstania, Elli Swenson (Olivia Wilde). Zwłoki wrzucone zostają do ogniska, palą się chwilę, po czym Ella wstaje, wychodzi z ognia nawet się nie otrzepując i tłumaczy Danielowi Craigowi, że przybyła z innego świata bla bla bla… i od tego momentu film zjeżdża po równi pochyłej, aż do zawodzącego na całej linii, nudnego i schematycznego finału.

Co się tyczy kosmitów i ich inwazji na naszą planetę, trochę dziwny wydał mi się brak… zdziwienia ze strony mieszkańców Dzikiego Zachodu, którzy zamiast zlać się w spodnie na widok latających pojazdów, a później zamienić chociaż ze dwa zdania na temat: “Co to k… było?!”, pozostawiają to niecodzienne wydarzenie bez żadnego komentarza. Po prostu wsiadają na konie i jadą ratować porwanych bliskich, jakby uprowadził ich Indianin zza rogu, a nie kompletnie niezrozumiałe COŚ. W dzisiejszych czasach i owszem, widok UFO mógłby nie przerazić nas zbytnio, bo otaczają nas nowoczesne technologie, ale ludzie z 1873 roku, dla których szczytem techniki był rewolwer i koło u wozu, powinni na widok latających pojazdów co najmniej zwariować i zjeść swoje kapelusze.

Fabularni Kowboje i obcy nie zachęcili mnie do sięgnięcia po komiksowy oryginał. Film nie jest może jakąś katastrofą, ogląda się bezboleśnie (choć na drugi seans nie mam ochoty) ale na pewno zawodzi i nie spełnia oczekiwań, które miałem prawo mieć względem Favreau po tym, jak narobił mi smaku błyskotliwie zrobionymi Iron Manami.

PS Za www.komiks.gildia.pl: Amerykański grafik Drew Struzan upublicznił swój projekt plakatu do filmu Kowboje i obcy. Budzący skojarzenia z serią Indiana Jones poster nie znalazł uznania w oczach specjalistów ds. promocji NBC Universal. Co więcej, wytwórnia wysunęła żądanie usunięcia grafiki ze stron amerykańskich serwisów poświęconych tematyce filmowej.

Odrzucony plakat
Rafał Donica

Rafał Donica

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA