Recenzje

KOBIETA W BŁĘKITNEJ WODZIE. Potęga wyobraźni

Autor: Edward Kelley
opublikowano

W tekstach na temat stylu i sposobu opowiadania historii przez Shyamalana – mimo, że to reżyser bardzo młody – wylano już hektolitry atramentu, analizując wte i wewte każde zdanie z jego scenariuszy. Ze swoją koronkową opowieścią i nieodłącznym twistem w zakończeniu, objawił się światu okrzyczanym Szóstym Zmysłem, i od razu narobił zgiełku w dosyć zatęchłym hollywoodzkim towarzystwie przyzwyczajonym do historii opowiadanych „po bożemu”, bez intelektualnych fajerwerków i ognia – w skrócie: nieświeżo i przewidywalnie. Sukces kasowy pozwolił mu na dużą swobodę, co spożytkował, realizując dosyć przewrotne Znaki i Osadę, zatrudniając jednocześnie nazwiska z pierwszego szeregu gwiazd zza Wielkiej Wody. Jednym słowem, stał się reżyserem modnym – wykorzystał to, realizując swój ostatni projekt, czyli Kobietę w błękitnej wodzie. Nietrudno mi sobie wyobrazić przerażonych producentów, którzy zobaczyli finalny efekt jego pracy. Wygląda bowiem na to, że zagrał im na nosie. Trzymający się bardzo blisko thrillera Shyamalan, tym razem jakby odszedł od utartego szlaku kina gatunków i zrealizował coś, co sam określił mianem bedtime story, a co w wolnym tłumaczeniu dawałoby naszą „bajkę na dobranoc”.

Cleveland Heep (Paul Giamatti) jest konserwatorem i stróżem jednego z bloków mieszkalnych na przedmieściach Filadelfii. Na co dzień robi to, co zwykli robić przedstawiciele jego fachu: wymienia żarówki, naprawia cieknące krany, wstawia wybite szyby. Jego utrapieniem jest ciągle wymagający naprawy basen. Pewnego wieczoru już po jego zamknięciu zauważa postać, która usiłuje się przed nim ukryć pod wodą. Nieszczęśliwie podczas próby wyciągnięcia delikwenta sam wpada do basenu i traci przytomność. Kiedy jednak ją odzyskuje, jest we własnym łóżku…

Reżyser i scenarzysta w jednym od podstaw stworzył nowoczesny, o ile można go tak nazwać, miejski mit.

W zasadzie, trzymając się tego raczej słabo sprecyzowanego gatunku „bajki na dobranoc”, należałoby przyznać, że historia ta idealnie wręcz przystaje do zasad opowieści, którą babcia mogłaby snuć przy kominku gromadce wnucząt. Z jedną wszakże różnicą – ta bajka osadzona jest w realiach współczesnego amerykańskiego miasta i dzięki temu otrzymuje dodatkowy smaczek czegoś, co zwykle nazywane jest urban legend – miejską legendą, czyli opowieścią, którą przekazuje się nie tyle przy ogniskach w środku lasu, co raczej na miejskich trzepakach, boiskach i w przerwach między szkolnymi zajęciami. Poza tym jednak ma ona wszystkie atrybuty bedtime story. Mamy tu bohatera skrywającego tajemnicę z przeszłości, wróżkę, która ni z tego, ni z owego pojawia się w jego życiu, by odmienić je raz na zawsze, mamy bardzo czarny charakter i przychodzącego z odsieczą gajowego. Trochę horroru (tego nigdy wszak nie brakowało u takich choćby braci Grimm), trochę ciepła, trochę tajemnicy i perspektywa lepszego jutra. Na pozór nic oryginalnego – ot bajka jak bajka. A jednak Shyamalan potrafił nadać jej bardzo indywidualny rys, którego próżno szukać w pozbawionej charakteru, rzemieślniczej produkcji made in America. Reżyser i scenarzysta w jednym od podstaw stworzył nowoczesny, o ile można go tak nazwać, miejski mit. Tytuł filmu w oryginale – Lady In The Water – w pewien sposób narzuca nam poszukiwanie jego podstaw gdzieś głęboko w arturiańskich legendach, choć mam wrażenie, że w tym przypadku wskazuje raczej jedynie na źródło inspiracji. Na naszych oczach z niczego buduje reżyser swoją legendę, powołując do życia tak nieprawdopodobne postaci, jak nimfa zamieszkująca basen amerykańskiego apartamentowca, wilkopodobnego stwora – negatywa, którego domem jest okalający basen trawnik, i trójkę strażników o jednym imieniu schodzących z rosnących na nim drzew. Cokolwiek by mówić o jakości historii i sensowności powołania do życia tego typu postaci, to przyznać trzeba, że M. imponuje potęgą wyobraźni i konsekwencją, z jaką realizuje swoją wizję.

Jego fascynacja rolą przypadku w życiu człowieka, zapoczątkowana ewidentnie wzorowanymi na „Modlitwie za Owena” Johna Irvinga Znakami, tutaj znajduje swoją kontynuację. Grupa mieszkańców filadelfijskiego bloku to modelowy wręcz cyrk dziwadeł: od non-stop upalonego towarzystwa prowadzącego uczone dialogi o niczym, przez sześciolatka przemawiającego niczym Martin Luther King aż do kulturysty trenującego tylko jedną połowę ciała. Obecność każdego z nich znajdzie swoje logiczne uzasadnienie, wszyscy mają bowiem przypisane miejsce w układance, niezależnie od tego, co ich tam przywiodło. Przy tym wszystkim Shymalanowi nie brak poczucia humoru. Szczególnie wtedy, gdy w tym odrealnionym świecie umieszcza filmowego (chyba nie przypadkiem) krytyka rodem z jakby zupełnie innej bajki. Pozbawiając go poczucia humoru i wyposażając w cechy skrajnie wyróżniające na tle serwowanego nam freak show, buduje specyficzny kontrapunkt, jednocześnie kpiarsko dając widzowi do zrozumienia, jak „ważna” jest dla niego krytyka. Lady In The Water z pewnością nie jest najlepszym z filmów Shyamalana (za taki uważam Niezniszczalnego), ale z pewnością po raz kolejny potwierdza, że jego twórca wciąż jest jednym z najciekawszych amerykańskich reżyserów, a już z pewnością obdarzonym najżywszą wyobraźnią i darem jej urzeczywistniania.

Tekst z archiwum film.org.pl (13.09.2006).

Ostatnio dodane