Recenzje

KOBIETA IDZIE NA WOJNĘ. Ekologiczna groteska na końcu świata

Świetnie skonstruowana i zagrana bohaterka zasila poczet silnych kobiet czynu we współczesnym kinie, a groteskowa oprawa oprócz lokalnego kolorytu dodaje jej historii paradoksalnego posmaku, skłaniającego do refleksji wykraczającej poza przestrzeń samego filmu.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Gdyby nie to, że jedyny turysta w filmie, hiszpańskojęzyczny rowerzysta, jest notorycznie zatrzymywany przez policję pod zarzutem terroryzmu, można by potraktować seans Kobieta idzie na wojnę jako kolejną filmową zachętę do wycieczki na daleką północ. Jak przystało na islandzką produkcję, film Benedikta Erlingssona uwodzi bowiem surowymi, acz malowniczymi krajobrazami dalekiej i chłodnej północy, doprawiając je także dawką poczucia (czarnego) humoru. Pod taką oprawą w Kobieta… znajdujemy wyjątkowo aktualną, na wpół sensacyjną intrygę zbudowaną wokół Halli – instruktorki chóru w średnim wieku, potajemnie, pod pseudonimem „Kobieta z gór”, poświęcającej się walce z działającymi na szkodę klimatu biznesmenami oraz politykami.

Już pierwsza sekwencja Kobieta idzie na wojnę uruchamia charakterystyczny klimat kojarzony z kinem islandzkim – główna bohaterka dokonuje spektakularnego sabotażu linii energetycznej gdzieś na górskim pustkowiu, przy czym akompaniuje jej usadowione w plenerze „festynowe” trio instrumentalne (później pełniące wymiennie z ukraińskimi śpiewaczkami folkowymi funkcję swoistego chóru tragicznego). Wokół paramilitarnej akcji kobiety generuje się z miejsca angażujący suspens, ale inscenizacja tworzy także narastające poczucie absurdu. Groteskowa aura towarzyszyć będzie Halli przez cały film, dopełniana jeszcze przez typowy dla Islandczyków motyw śpiewu chóralnego i prowincjonalnego uporu zestawianego z nowoczesną organizacją państwa. Estetyka ta z miejsca urzeknie wszystkich tych, którzy upodobali sobie gęsty humor sytuacyjny oparty na kontraście zewnętrznego spokoju z absurdalnymi zdarzeniami. Resztę z kolei przekonać do filmu powinna wyrazista postać centralna i atrakcyjnie zarysowana problematyka.

Poprzedni film Benedikta Erlingssona, O koniach i ludziach, zorientowany był wokół paralelności ludzkiej mikrospołeczności i zwierząt, potraktowanej jako paradoksalna rzeczywistość splatania humoru, emocji, metafor oraz filmowej dosłowności. Kobieta idzie na wojnę porusza się w podobnych rejonach, przy czym mocniejszy akcent położony został na warstwę dramaturgiczną – lepiej dopracowaną i bardziej wyraziście zaprezentowaną. Autorska wrażliwość Erlingssona, osadzona w bliskim Royowi Anderssonowi surrealizmie i sardonicznej prześmiewczości, pełni w jego drugim filmie raczej funkcję dopełniającą względem zasadniczej narracji, niż stanowi jej motor napędowy. Nie znaczy to, że Kobieta idzie na wojnę pozbawiona została oryginalnej tożsamości na rzecz fabularnego konkretu – o ostatecznym charakterze filmu decyduje w znacznej mierze wspomniany wyżej akompaniament, przełamujący realistyczną fakturę opowieści i potęgujący podskórnie obecną w historii Halli dziwaczność.

Jednakże to o historię tu przede wszystkim chodzi. Główna bohaterka, wypowiadając tytułową wojnę tym, którzy w jej przekonaniu działają na szkodę planety, staje się współczesnś heroiną, działającą wbrew społecznym konwenansom na rzecz wyższego dobra. Jej postawa jest równocześnie godna pochwały pod względem ideowym, jak i wątpliwa etycznie – dokonuje wszakże aktu przemocy, a co więcej zdaje się bardziej wspomagać negatywne polityczno-biznesowe działania, niż realnie im przeciwdziałać. Mamy więc do czynienia z bohaterką paradoksalną, której przekonania i postawa w konfrontacji ze współczesnymi mechanizmami demokratycznego społeczeństwa okazują się dosyć niejednoznaczne. Zasadniczy konflikt rozgrywa się tu więc na poziomie zestawienia społecznego ładu z walką na rzecz słusznych idei. Rozdźwięk pomiędzy sprzecznymi powinnościami wzmacnia pojawienie się wątku niespodziewanie przyznanej Halli adopcji małej, doświadczonej traumatycznie przez los Ukrainki – wejście w rolę przybranej matki wchodzi w konflikt z partyzanckim sprzeciwem realizowanym przez kobietę.

Halla łączy etos rewolucjonistki z humanistyczną etyką, rolę aktywistki i kobiety czynu – z wrażliwością matki. W ten sposób tworzy figurę zmagań pomiędzy różnymi rodzajami dobra, między którymi musi wybrać. Obecną w tytule wojnę można więc potraktować również metaforycznie – oznacza ona konflikt wewnętrzny Halli (zwielokrotniony dodatkowo przez wątek jej siostry bliźniaczki), sygnalizujący impas współczesnego człowieka wobec globalnych zagrożeń i indywidualnego cierpienia. Interesujące wydaje się też dyskretnie zasygnalizowane psychologiczne podłoże walki Halli. W jej domu wiszą zdjęcia Ghandiego i Nelsona Mandeli, co oczywiście wskazuje na jej idoli, ale jakby sugeruje również – zwłaszcza obok „powracającego” charakteru kwestii adopcji – że ekoaktywizm bohaterki może być formą aspiracji do statusu bohaterki. Zagadkowa pozostaje też relacja Halli z siostrą Asą, w której dopatrywać się można wręcz psychoanalitycznej dynamiki konfrontacji.

Halla łączy etos rewolucjonistki z humanistyczną etyką, rolę aktywistki z wrażliwością matki.

Wobec tak kapitalnie zarysowanych motywów i problemu uwydatniającego paradoksalność rozwiniętego świata, w którym za arogancję garstki cierpią całe masy (u Erlingssona to przeniesienie ukazane jest wprost w relacji Islandia–Ukraina), a świadoma obywatelka rozdarta jest pomiędzy racją wyższego rzędu moralności a dynamiką życia oraz debaty społecznej, szkoda, że zabrakło głębszego rozwinięcia części kluczowych wątków. Problem impasu debaty, którą chce nieskutecznie ożywić Halla, i problematyczność jej czynów w kontekście relacji społecznych zostają właściwie jedynie zasygnalizowane, by w ostatnim akcie zniknąć wobec czysto fabularnego rozwiązania akcji. Cierpi na tym bogactwo wymowy Kobieta…, która z dialektycznej rozprawy na temat ekologii, demokracji i powinności moralnej obywateli zwrócona zostaje ku słodko-gorzkiej przypowieści o walce o słuszną sprawę, która nie zawsze kończy się happy endem.

Nawet mimo tych zastrzeżeń Kobieta idzie na wojnę oferuje jednak dużo dobrego. Świetnie skonstruowana i zagrana bohaterka (warto podkreślić, że Halldóra Geirhardsdóttir popisała się bardzo przekonującym odegraniem dwóch wyraźnie skontrastowanych postaci) zasila poczet silnych kobiet czynu we współczesnym kinie, a groteskowa oprawa oprócz lokalnego kolorytu dodaje jej historii paradoksalnego posmaku, skłaniającego do refleksji wykraczającej poza przestrzeń samego filmu. Kobieta idzie na wojnę to nie tylko kolejna islandzka ciekawostka, ale oryginalne kino rozrywkowe, łączące sensację, komedię i subtelny dramat osadzone w szerszym kontekście i nobilitującej refleksyjności. Benedikt Erlingsson dowodzi tym samym tego, co od jakiegoś czasu sygnalizuje na światowych salonach Yorgos Lanthimos – można (i warto) tworzyć atrakcyjne dla szerokiej widowni kino z wyrazistym autorskim sznytem, nawet osadzonym w hermetycznych tradycjach.

Ostatnio dodane