Recenzje

KILER. (Nie)Spodziewany sukces Machulskiego

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Warszawa, czasy współczesne. W stolicy ginie Andrzej G. „Gilotyna”. Policja i media na sprawcę zabójstwa jednogłośnie typują Kilera, legendarnego, nieuchwytnego płatnego mordercę. Zaostrzone śledztwo komisarza Ryby kończy się wsadzeniem za kratki niewinnego taksówkarza Jurka Kilera. Ponieważ nikt Jurkowi nie wierzy, taksówkarz zaczyna udawać prawdziwego Kilera i zyskuje szacunek więziennej braci. Po przypadkowym zabiciu wrednego współwięźnia Uszata, konwojowany między więzieniami Jurek zostaje odbity przez ludzi mafijnego bossa Stefana „Siary” Siarzewskiego, stałego klienta prawdziwego Kilera, który ma dla niego bardzo poważne zadanie…

Efektem był jeden z największych hitów polskiego kina lat 90.

Po raz pierwszy w swojej karierze (nie licząc ekranizacji), Juliusz Machulski zdecydował się na nakręcenie filmu według cudzego scenariusza nieznanego młodego człowieka nazwiskiem Piotr Wereśniak. Po raz pierwszy także przystąpił do powszechnego w amerykańskiej kinematografii procesu script-doctoringu, czyli drobiazgowej adaptacji scenariusza i dialogów do finalnej postaci (czyli właściwie w pewnym sensie był to po części jego scenariusz). W dotychczasowej historii polskiego kina scenariusze były świętą wartością swoich autorów – artystów, śmiertelnie zakochanych w każdej linijce własnego skryptu, co nad wyraz często kończyło się filmem o wartości odwrotnie proporcjonalnej do początkowych zamierzeń. Machulski, od początku kariery zaszczepiający na rodzimym gruncie rozwiązania amerykańskie, w analogiczny sposób potraktował debiutancki scenariusz Piotra Wereśniaka, który w swej pierwotnej formie zawierał kilka ślepych uliczek, niemożliwych do zaakceptowania przez Machulskiego. Dlaczego więc wytrawny reżyser zwrócił swą uwagę na ten scenariusz? Ponieważ zawierał rzecz najważniejszą – fantastyczny pomysł na rozkręcenie przykuwającej oko intrygi. Efektem był jeden z największych hitów polskiego kina lat 90. czyli to, na co Juliusz Machulski od dawna oczekiwał po serii niespodziewanych porażek i kompromisów.

Przy tym filmie fani talentu reżysera odetchnęli wreszcie z ulgą. Juliusz Machulski powrócił w brawurowym stylu do konwencji komedii sensacyjnej. Mniejsza o absurdalność fabuły; wszak Jurek Kiler w ciągu trzech ekranowych dni w życiu nie dokonałby tylu rzeczy. Mniejsza także o kompletną psychologiczną niewiarygodność postaci. Kiler to dwie godziny znakomitej, pastiszowej zabawy, wartkiej akcji, prześmiesznych dialogów i zapadających w pamięć postaci z rewelacyjnym Januszem Rewińskim w roli Siary na czele. Postać ta jest pyszną parodią rodzimej wersji ojca chrzestnego, którą Machulski z powagą nakreślił już w V.I.P.. Strzałem w dziesiątkę było także wykorzystanie piosenek Elektrycznych Gitar; chyba tylko Machulski potrafił wpaść na to, by widok więziennego konwoju zilustrować beztroską piosenką Ona jest pedałem.

W obsadzie po raz kolejny same znakomitości. Starzy znajomi Stuhr, Kiersznowski i oczywiście Jan Machulski w małej aktorskiej perełce, jako nadinspektor policji. Cezary Pazura i Marek Kondrat, po ogonach w poprzednich filmach reżysera, nareszcie dostali większe role. Po Kingsajzie powróciła Kasia Figura, parodiująca własny wizerunek seksbomby z ilorazem inteligencji konika polnego. Kolejnym odkryciem w karierze Machulskiego została Małgorzata Kożuchowska; aktorka to o ogromnym potencjale, choć na razie, jak większość aktorów w tym kraju, spala się w telenowelach. Machulski zawsze miał talent do malowniczego pokazywania bandziorów wszelkiego autoramentu; świetnie też nadawał im bardzo zabawne ksywy. W Kilerze okazję do zagrania czegoś więcej miał wreszcie Sławomir Sulej, z racji łysej czachy adekwatnie grający więźnia Kudłatego. Sulej do tej pory widoczny był tylko w kilku maleńkich, wyrazistych rólkach, m.in. więźnia, snującego opowieść o „wyrywaniu chwastów” w prologu Psów 2. Ostatniej krwi. Na chwilę mignął w Kilerze także Lech Dyblik (więzień Wstrętny), największy twarzowiec polskiego kina, kolejny kompletnie niewykorzystany aktor. W scenie na lotnisku na kilka sekund pojawili się Olaf Lubaszenko i Zbigniew Hołdys, a w epizodzie barowym na chwilę mignął nieznany wówczas Cezary Żak. Po raz ostatni w filmie zagrał Władysław Komar (więzień Uszat). Aktor i były lekkoatleta zginął kilka lat temu w wypadku samochodowym.

Po olbrzymim sukcesie filmu, Kilerem nieoczekiwanie zainteresowali się Amerykanie. Juliusz Machulski sprzedał im prawa do remake’u, uznając to za jeden ze swych największych sukcesów zawodowych. W końcu Hollywood wreszcie przyszedł do nas, o czym Machulski przewrotnie nawiąże w Superprodukcji. Planów było mnóstwo, plotek jeszcze więcej. Podobno reżyserem amerykańskiej wersji Kilera miał być Barry Sonnenfeld, podobno rolę tytułową miał objąć Will Smith. Za oceanem projekt utknął w martwym punkcie, zaś Machulski sam postanowił zdyskontować sukces Kilera.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane