Recenzje

#JESTEM M. MISFIT. Jutubery ładni tacy, cium, cium

Może i kino nie jest do obnażania prawdy, ale pod warstwą błyskotek i kolorami tęczy skrywa się zazwyczaj coś więcej. Zazwyczaj.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Dobrze, przyznam szczerze, że czuję się niewygodnie pisząc o tym filmie, bo tutaj w grę wchodzą doświadczenia generacyjne, a łatwo włączyć w sobie tryb stetryczałego typka, który koniecznie musi wyrazić opinię o czymś, co ewidentnie nie jest skierowane do niego. Nie chodzi nawet o to, że nie rozumiem idei obsadzenia filmu twarzami znanymi wyłącznie z YouTube’a i Tik-Toka, oprócz oczywiście strony marketingowej, bo wiadomo, jak działa ten rynek. Jest z tym o wiele większy problem – bo mało tego, że nie rozumiem, o kim i z kim to jest, to nie rozumiem o czym. 

Zacznijmy od tytułu. Za moich czasów, jak się było szkolnym misfitem, to dlatego, że czytało się komiksy, miało łupież i ogromnego donuta w okolicach talii, ewentualnie trzeba było jeść garściami Acodin na przystanku, słuchając Good Charlotte albo Strachów na Lachy. Strasznie źle dzisiaj musi mieć ta nieprzystosowana młodzież, tyle pięknych twarzy na korytarzach szkolnych, kolorów i przerysowania, „misfitem” jest tutaj bowiem przepiękna dziewczyna Julia, która wraca ze Stanów Zjednoczonych do polskiej szkoły. Zderzenie kulturowe? Na poziomie graficznym – żadne, bowiem szkoła, do której trafia, wygląda jak supernowoczesny fort youtubera. Szczęście, brak brzydkich ludzi, mnóstwo zajęć dodatkowych, bogata młodzież, wszyscy instagramują, tik-tokują, tańczą, śpiewają, a kamera ich kocha. Nie wiem, jak wyglądała szkoła w USA, do której uczęszczała główna bohaterka, ale jeśli spadkiem jakościowym jest ten projekt wyjęty z dodatku do „Simsów” (z włączonym kodem na nieskończony wór pieniędzy), to wyobrażam sobie, że Julia wcześniej uczęszczała do szkoły na Księżycu. Jak to bywa w takich historiach – zauważa sympatie, antypatie, faworyzacje, a koniec końców chodzi o jedno i to samo, żeby zdobyć przyjaciół, miłość i być najpopularniejszą dzierlatką w szkole. Wszystko to przy akompaniamencie rozkrzyczanej dzieciarni, którą – biorąc pod uwagę szał na premierze filmu – kojarzą ludzie młodsi o jakieś dwie dekady ode mnie. Tak, właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem stary.

Ale nie w tym rzecz – bowiem podstawową cechą kina obyczajowo-komediowego jest to, że musi odnosić się do jakiejś rzeczywistości. Mam wrażenie, że świat idealnego timingu dowcipów, ciętych ripost, wiecznie gładkich buzi po retuszy graficznym jest codziennością „zawodową” para-aktorów występujących w filmie Marcina Ziębińskiego. Niestety gdy w końcu dostali nowe medium do wyrażania siebie, każe im się jeszcze bardziej udawać. Jest to rodzaj ekstrawagancji, która została zbyt dopieszczona korektorem graficznym, zamazującym przy tym prawdziwe emocje, grymasy i miejsce na życiowe błędy. Gdzieś w tle wszelkich, posklejanych na wiarę wydarzeń biega maskotka filmy telekomunikacyjnej, sprawiająca, że mamy wrażenie uczestnictwa w niekończącym się spocie, którego w przeciwieństwie do tych na YouTube – nie da się wyłączyć po kilku sekundach albo zablokować aplikacją. Prawdziwie koszmarne dialogi i dziwaczne, przerysowane grymasy potęgują wrażenie dowcipu, na którego puentę czekamy niczym na zbawienie.

Tomasz Karolak wcielający się w dyrektora placówki, gdy zapowiada przyjście nowej uczennicy, prezentuje fragmenty jej vloga, co odpowiednio poprowadzone mogłoby być ciekawym wątkiem cyberpunkowym, ale nim nie jest. Reżyser oraz scenarzyści nie wiedzą, co począć z technologicznymi niuansami, bowiem ich nie rozumieją, jak starzy, zmęczeni pracownicy taśmy, którzy pakują zabawki wysyłane do sklepów. To trochę, jakby o świecie YouTuberów próbował opowiedzieć scenarzysta, która zna mętnie ideę platformy, ale nie zna żadnego internetowego twórcy. Podobnie z refleksją na temat nieprzystosowania – płytką, nieprowadzącą donikąd, męczącą.

Jedno jest pewne – to nie fabuła oraz treść mają nieść to widowisko do świadomości młodego odbiorcy, ale twarze, których nie będę wymieniał, bo zlewają mi się w jedną masę. Mamy dopakowanego przystojniaka, zabawkę z mokrych snów miłośników anime, trefnisia, nerda, rozkrzyczane dziewczyny i nie ogarniającego tego chaosu dyrektora, będącego trochę symbolem widza po trzydziestce, który został oddelegowany do kina. Najsmutniejsza w tym wszystkim jest jednakże intencja: cyniczna, złośliwa względem potrzeb nastolatków, nie roszcząca sobie żadnych ambicji, nawet rozrywkowych. Może i kino nie jest do obnażania prawdy, ale pod warstwą błyskotek i kolorami tęczy skrywa się zazwyczaj coś więcej. Zazwyczaj. 

Ostatnio dodane