Recenzje

JAK WYTRESOWAĆ SMOKA. Trzy razy „WOW”!

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Wow! Wow! No i jeszcze raz – Wow! To właśnie słowo jako pierwsze ciśnie się na usta po obejrzeniu najnowszej produkcji studia DreamWorks Animation, Jak wytresować smoka. Przyznam szczerze – nie myślałem, że ta wytwórnia będzie jeszcze w stanie mnie zaskoczyć. Po Shreku, czyli kurze znoszącej złote jaja, każdy kolejny tytuł zdawał się być kalką opowieści o zielonym ogrze. Oczywiście, jedne w mniejszym, inne w większym stopniu, ale wszystkie z nich oparte były na znanym już schemacie. Nietypowe postaci, nawiązania do kultury masowej, zabawa konwencją i parafrazowanie klasyki kina – nie zapominając oczywiście o kupie śmiechu pomiędzy. Tak to mniej więcej wyglądało. Jedynym filmem, który znacząco różnił się od całej reszty, był Sindbad – Legenda siedmiu mórz. Przy 60-milionowym budżecie zarobił na świecie marne 81 milionów dolarów, stając się czarną kartą w historii DreamWorks i jedną z największych klap 2003 roku. Dla porównania – Madagaskar zebrał 532 miliony, Kung Fu Panda sto milionów więcej, nie wspominając już o kontynuacjach Shreka, które łącznie zarobiły, bagatela, 1 miliard 715 milionów „zielonych”… Ktoś, kto zna wszystkie te sumy i jednocześnie decyduje się wprowadzać jakiekolwiek zmiany, musiałby chyba być idiotą. Na szczęście kilku takich się znalazło…

Film zobaczę na pewno jeszcze nie raz i niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Za Jak wytresować smoka stoi naprawdę wybitne trio – producentka Bonnie Arnold (Toy Story, Tarzan) oraz odpowiedzialni za reżyserię Chris Sanders i Dean DeBlois (wcześniej pracujący m.in. przy Lilo i Stitch oraz Mulan). Choć wszyscy mają już niemałe doświadczenie, przy pracy nad swoim najnowszym filmem z pewnością musieli wykazać się nie lada odwagą. Jak wytresować smoka jest bowiem filmem zupełnie różnym od wszystkich „po-shrekowych” produkcji DreamWorks. Ba, moim zdaniem próżno szukać podobnego filmu wśród wszystkich animacji ostatnich lat. Z pozoru mogłoby się więc wydawać, że twórcy podjęli spore ryzyko. Zmiana strategii w sytuacji, gdy dotychczasowa przynosi same sukcesy, rzadko okazuje się być dobrym posunięciem (pamiętacie Disneyowskiego Kurczaka Małego…?). Ale po obejrzeniu filmu wiem, że tego ryzyka praktycznie nie było. Efekt końcowy jest bowiem fenomenalny. I gdy ma się w głowie taką wizję, nieważne czy wpisuje się ona w sprawdzony schemat czy nie – po prostu trzeba pokazać ją światu. Stąd też ten przydługi wstęp. Moim zdaniem bowiem trio Arnold, Sanders i DeBlois dokonało czegoś, co śmiało można nazwać przełomem. W 1994 roku mieliśmy Króla Lwa, w 2001 Shreka, a 2010 to rok Jak wytresować smoka.

Historia niby odkrywcza nie jest. Ot, pewną wyspę zamieszkałą przez Wikingów, regularnie atakują smoki. Kradną owce i niszczą wszystko, co stanie im na drodze. Dla mieszkańców osady walka ze smokami jest właściwie sensem życia. No, z jednym wyjątkiem – fajtłapowatego nastolatka o imieniu Czkawka. On walczyć po prostu nie umie, a podświadomie nawet … nie chce. Przyszły komuś do głowy Rybki z ferajny i rekin-wegatarianin Lenny? Pudło – to nie ten typ. Wielką zaletą Jak wytresować smoka jest to, że film ten nie opiera się na prostych rozwiązaniach. Nie jest to typowa animacja, gdzie scenariusz co 10 minut zalicza obowiązkowy punkt kontrolny. Owszem, sam szkielet fabularny może i nie należy do najoryginalniejszych, ale, gdy przyjrzymy się bliżej, znajdziemy tu mnóstwo szczegółów, zakrętów, podwójnych den i innych „smaczków”. Wszystko jest po prostu takie … prawdziwe. Nie ma tu sytuacji, w których coś dzieje się „bo tak” – każda z nich ma swoją przyczynę. Większość bohaterów to wielowymiarowe, ciekawe postaci. A relacje między nimi, nawet wśród tych na drugim planie, są złożone i często skomplikowane. Jak w życiu… Niby mieliśmy już konflikt ojca z synem, który nie spełnia jego oczekiwań. Jednak w takiej wersji – nigdy. Oglądając Jak wytresować smoka po prostu nie przybiera się miary filmu animowanego, kreskówki, familijnej rozrywki itd. Nie mówi się sobie w myślach „No tak, to przecież bajka”, usprawiedliwiając scenariuszowe głupoty. Bo ta „bajka” jest inna. To przede wszystkim dobry FILM, w którym ani jedna minuta nie wydaje się zbędna.

Jak wytresować smoka to przygoda w najlepszym wydaniu. Zostajemy wciągnięci w wir emocji już przy pierwszej scenie ataku smoków na wioskę. Potem przez półtorej godziny dajemy się mu ponieść (a raczej pozwalamy, by nami rzucał, szarpał i rozrywał nas na strzępy – emocji w tym filmie naprawdę mnóstwo) i nie chcemy się z niego wyrwać nawet wtedy, gdy światła w kinie zostają już zapalone. To naprawdę widowiskowa produkcja. Wikingowie, smoki, walki, ogień, wyprawy morskie… A to wszystko wzmagane cudowną muzyką Johna Powella. Etatowy kompozytor Dreamworks stworzył tym razem coś naprawdę niesamowitego. Ta muzyka zapiera dech w piersiach sama w sobie, a w połączeniu z filmem, daje jedyny w swoim rodzaju efekt. „Cudowny”, „niesamowity”, „jedyny w swoim rodzaju” – trąci banałem, wiem… Ale naprawdę trudno mi znaleźć trafniejsze określenia. Powell skomponował coś przypominającego ścieżkę dźwiękową Braveheart, tylko nieco bardziej baśniowego. Ta muzyka „unosi” widza. I kiedy oglądamy lot głównego bohatera na grzbiecie smoka, my też czujemy wiatr na policzkach. Czujemy wolność.

Oczywiście, wielkie znaczenie ma tu też sama animacja. Są w filmie momenty, w których zastanawiamy się, czy rzeczywiście mamy przed sobą świat animowany. Wszystko to bowiem wygląda naprawdę bardzo prawdziwie. Przykład? Dostrzegamy włosy na rękach głównych bohaterów, każdą zmarszczkę i przebarwienie na twarzy. Ale największe wrażenie i tak robią sekwencje, w których widać piękno natury. Dzięki technice 3D, wtapiamy się w ten bajkowy świat pełen smoków. Wyspa Berk nie jest może Pandorą z Avatara, ale i tak zachwyca. A, wspomniany już przeze mnie, lot na grzbiecie smoka, być może nawet przebija to, co pokazał pan Cameron. W Jak wytresować smoka technika 3D opiera się zresztą na podobnej zasadzie, co w Avatarze. Są tu może dwie sceny, w których widać, że zostały stworzone „pod 3D” (choć to żaden zarzut – gdy jeden ze smoków zieje ogniem prosto w nas, każdy chyba odruchowo cofa się w fotelu). Cała reszta to po prostu „uwypuklenie” przedstawionego świata, umożliwienie nam większej integracji z obrazem. I tak jak film ten jest swojego rodzaju przełomem w najnowszej historii animacji, tak jest też nowym spojrzeniem na technikę 3D w produkcjach familijnych. To coś nowego, opartego nie o efektowność, a efektywność. Po prostu czuć, że nowa technika została tu użyta, by dać nam w pełni przeżyć opowiadaną historię, a nie po to, by wyciągnąć od nas więcej kasy. Brawo.

Od seansu minęły już prawie trzy tygodnie, a ja wciąż o nim myślę. Film zobaczę na pewno jeszcze nie raz i niech to będzie najlepszą rekomendacją. W końcu biedny student pozwoliłby sobie na kilkukrotne wydanie 20 złotych tylko w przypadku naprawdę wyjątkowego tytułu… Jak wytresować smoka wyjątkowy jest z pewnością – takie produkcje nie zdarzają się często. W latach 80. cały świat zachwycał się Niekończącą się opowieścią. Widzowie, którzy wtedy przeżywali tę historię, dziś mogą zabrać do kina swoje dzieci właśnie na Jak wytresować smoka. Ten film ma podobny ładunek emocjonalny, baśniową otoczkę oraz kilka niesamowitych scen, które zapamięta się na całe życie. No i przede wszystkim wypełniony jest magią – taką, która zaczaruje zarówno najmłodszych, jak i tych najstarszych widzów. Ten film to przepiękna pochwała przyjaźni, tolerancji i bycia sobą. Ale najważniejszy jest tu jednak klimat – wszystko, co tę pochwałę wartości otacza. Sprawia on, że Jak wytresować smoka nie jest po prostu kolejnym filmem animowanym, w którym mamy kilka zabawnych gagów i nachalny moralitet pod koniec. To coś więcej. Co? Niestety, nie mam wystarczających umiejętności, by móc to opisać słowami. Po prostu trzeba się o tym przekonać na własnej skórze. Ale, tak jak niewiele ryzykowali twórcy, decydując się na całkowite odstępstwo od schematu, tak ja niewiele ryzykuję, twierdząc, że film ten was zachwyci. Mógłbym się nawet o to założyć. Ale… nie chcę. Wolę wydać te pieniądze na kolejny seans.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane