Recenzje

INWAZJA: BITWA O LOS ANGELES. Dodatek do popcornu

Największą zaletą tego filmu jest tempo, dzięki któremu dobrze się go ogląda.

Autor: Piotr Miśkiewicz
opublikowano

Inwazja obcych. Temat przemaglowany przez kino chyba na wszystkie sposoby, a przynajmniej na prawie wszystkie, bo filmowcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w tej kwestii i dotychczasowe próby odejścia od schematu, choć nieliczne (jak zresztą sam podgatunek, który nie gości na ekranach aż tak często, jak mogłoby się wydawać), kończyły się powodzeniem. Udało się to chociażby Shyamalanowi w Znakach, gdzie inwazję obserwujemy z punktu widzenia jednej rodziny. Nawet nie tyle obserwujemy, ile przeżywamy, bo reżyser całkowicie pozbawił swoją historię typowej dla tego typu filmów skali wydarzeń i widowiskowości, stawiając na tajemnicę, napięcie i atmosferę osaczenia. Ba! Można wręcz powiedzieć, że inwazja jest w jego filmie tylko dodatkiem, pretekstem do opowiedzenia historii o odzyskaniu wiary. W Dystrykcie 9 Neill Blomkamp, opierając się na własnej krótkometrażówce, postawił cały koncept na głowie i uczynił z kosmicznych najeźdźców ofiary, których statek przybył na naszą planetę w zasadzie przypadkiem. Nawet Avatar Camerona opiera się w gruncie rzeczy na odwróceniu inwazyjnego schematu; tym razem to ludzie przybywają na planetę Obcych, a nie odwrotnie.

Największą zaletą Bitwy o Los Angeles jest bez wątpienia tempo, z racji którego - mimo kulejącego scenariusza - całość tak dobrze się ogląda.

Inwazja: Bitwa o Los Angeles lub w wersji międzynarodowej World Invasion: Battle LA, zdaje się być kolejnym oryginalnym podejściem do ataku obcych przybyszy na naszą planetę. Starcia armii z kosmicznym najeźdźcą widzieliśmy już nie raz, ale tym razem to żołnierze mieli być głównymi bohaterami filmu, rzuconymi w sam środek wojny z obcą cywilizacją. Helikopter w ogniu z obcymi? Bomba! Dlaczego więc tak obiecujący koncept przerodził się w kolejną sztampową produkcję, która pozostawia po sobie wrażenia bardziej ulotne niż zapach popcornu wypełniający kinową salę? Jedno słowo: scenariusz. To nie tak, że Bitwa o Los Angeles powala nagromadzeniem nielogiczności, fabularnych dziur i idiotyzmów, stanowiąc idealny materiał na osobny artykuł. Podstawowym problemem skryptu Christophera Bertoliniego są założenia filmu jako takie i to, jak je rozwinął, a raczej, że tego nie zrobił.

To, co najbardziej mnie uderzyło i jednocześnie rozczarowało, to jakaś taka bezcelowość całego filmu. Owszem, marines mają jasno określone zadanie, ale starcia z obcymi są niejako efektem ubocznym wyprawy na teren wroga, a nie rzeczywistym celem misji. Zamiast „Panowie, skopcie tyłki tym kosmicznym sku*******!” mamy „Idźcie szukać cywili, tylko uważajcie na Obcych”. Nie ma w takim rozegraniu sprawy oczywiście nic złego, ale poczułem się nieco oszukany, bo tytułowa bitwa o Los Angeles brzmi jak niespełniona obietnica i takową jest w istocie. Dopiero po jakichś (na oko) 80 minutach, gdy marines decydują się działać na własną rękę i z obrony przechodzą do ataku, w film wkracza nowe życie i energia, których tak bardzo brakowało mu od samego początku.

Osobnym problemem jest samo przedstawienie inwazji. Maszyny Obcych spadają na ziemię w postaci meteorytów, wszystko dzieje się szybko i chaotycznie. Nie ma więc ani miejsca na klimat czy napięcie, ani tym bardziej na efekt szoku, brakuje tego niezbędnego „wow!” które towarzyszyło nam, gdy monstrualne statki zasłaniały niebo w Dniu niepodległości, albo gdy w Wojnie światów spod ziemi wyłonił się Trójnóg. Między innymi dlatego przez sporą część filmu Bitwa o Los Angeles wcale nie sprawia wrażenia kina sci-fi o inwazji z kosmosu. Gdyby zastąpić Obcych ludźmi, nie byłoby w zasadzie żadnej różnicy – bohaterowie bronią się przed ostrzałem ukrywającego się nieprzyjaciela, a my widzimy tylko półsekundowe migawki ich sylwetek. Sytuacji nie poprawia też to, że najeźdźcy dysponują siłą ognia praktycznie taką samą jak ludzie. Dopiero później scenarzysta wprowadza do gry nowe zabawki, jednak wrażenie kontaktu z OBCYMI jest z początku zbyt zatarte. Poważne zastrzeżenia mam też do designu ich samych, jak i pojazdów, którymi dysponują. O ile coś takiego spokojnie uszłoby w „nie wiadomo już której tego typu grze na konsolę”, tak od filmu wymagam nieco więcej. Jest jakoś tak nijako, bez charakteru i wyobraźni. Efekty też nie powalają. Mimo ponad dwukrotnie wyższego budżetu w stosunku do Dystryktu 9, CGI w Bitwie… pod każdym względem ustępuje tamtej produkcji. Ot, poprawna robota, której niedostatki nazbyt często maskuje się dymem, rozedrganą kamerą i szybkimi cięciami.

Dość jednak krytyki, bo wbrew dość pokaźnej liście zarzutów, nie mogę uznać wypadu do kina za nieudany. Co prawda Jonathan Liebesman nie jest nikim więcej aniżeli sprawnym rzemieślnikiem i ten film tylko potwierdza jego status, ale trudno mi cokolwiek mu zarzucić i facet na pewno dysponuje umiejętnościami, których tacy bracia Strause nigdy nie zdobędą. Aktorsko najlepiej wypada naturalnie Eckhardt, który jako jedyny dostał więcej do zagrania, ale reszta obsady też spisała się całkiem nieźle i daleko im do żenady, którą zaprezentowała obsada nieszczęsnego Skyline. Muzyka? Totalnie z cyklu „gdzieś już to słyszałem”, ale dobrze komponuje się z obrazem. Chaotyczne zdjęcia z ręki jedni na pewno docenią, inni wzdrygną się na samą myśl o jeszcze jednym filmie, na którym niewiele widać; moja opinia plasuje się gdzieś pośrodku.

Scenarzysta popełnił ogromny błąd już na samym początku – rzucił widza w wir wojennej zawieruchy tylko po to, by po chwili strzelić sobie w stopę, cofając akcję o 24 godziny. Skok od razu na głęboką wodę na pewno byłby odważnym i oryginalnym zabiegiem, ale nie, trzeba odbębnić character development. Gdyby zrobić listę najczęstszych zarzutów wobec hollywoodzkich produkcji, w ścisłej czołówce na pewno znaleźliby się papierowi bohaterowie będący chodzącymi kliszami. O dziwo stwierdzam, że w przypadku tego filmu absolutnie mi to nie przeszkadza. Jasne, byłoby świetnie, gdyby grupę żołnierzy stanowiła mieszanka tak barwnych postaci jak tych z Obcego – Decydującego starcia, Szeregowca Ryana czy chociażby wspomnianego Helikoptera w ogniu, ale od filmu tak mocno opierającego się na akcji jak Bitwa o Los Angeles nie tylko tego nie wymagam, ale stwierdzam, że jest to zupełnie niepotrzebne. Kwestię kibicowania bohaterom w obliczu walki z Obcymi jest w stanie zapewnić sprawnie dobrana obsada, więc dlaczego przez kilkanaście minut muszę oglądać schematyczne, banalne do bólu scenki, z których dowiaduję się, że jeden żołnierz lada dzień będzie się żenić, a drugi spodziewa się dziecka? W momencie, gdy okolicą wstrząsają eksplozje, a powietrze przecinają niezliczone pociski, takie, powiedzmy sobie szczerze, bzdury przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Choć mogłyby, jak w przypadku żołnierza zmagającego się ze – zgaduję – post iracką traumą, jednak z niewiadomych przyczyn zostało to zupełnie pominięte w dalszej części filmu. Tylko postać sierżanta Nantza (Aaron Eckhardt) zyskała wątek dramatycznej przeszłości, która – o niespodzianko! – nie raz zostanie przywołana, będzie przebaczenie, łzy i patetyczna przemowa, ale i to można by spokojnie wyciąć bez najmniejszej szkody dla filmu, a wręcz przeciwnie.

Największą zaletą Bitwy o Los Angeles jest bez wątpienia tempo, z racji którego – mimo kulejącego scenariusza – całość tak dobrze się ogląda. Chwilowych (i jednego dłuższego) przestojów oczywiście nie brakuje, ale gdy już film wrzuca wysokie obroty, pędzi na złamanie karku w zawrotnym tempie, odznaczając się godnym podziwu dynamizmem. Nie można też odmówić mu widowiskowości, choć i tutaj pojawia się „ale”: nie odnotowałem ani jednej sceny, która faktycznie zrobiłaby na mnie wrażenie i którą chciałbym zobaczyć ponownie. Taki zresztą jest cały film, do obejrzenia z popcornem w dłoni i zapomnienia na drugi dzień.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane