Recenzje

I THINK WE’RE ALONE NOW. Układając sobie życie po upadku cywilizacji (Camerimage 2018)

Bez krwiożerczych zombie i walk z szabrownikami – oto postapokalipsa ukazana przez pryzmat relacji międzyludzkich.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Kino postapokaliptyczne najczęściej skupia się na walce o przetrwanie, poszukiwaniu zasobów i zmaganiu się z rozmaitymi niebezpieczeństwami. Rzadko kiedy te wątki zostają tak mocno zmarginalizowane, jak w I Think We’re Alone Now. Tutaj nie ma żadnych potworów, śmiertelnego skażenia ani wymalowanych cudaków rozbijających się po okolicy kolczastymi autami. Reżyserkę Reed Morano najbardziej interesują samotność, radzenie sobie ze stratą i trudności w nawiązywaniu relacji międzyludzkich.

Miłośnicy żywych trupów otrzymują jasny przekaz, kiedy rozbawiony protagonista zapewnia swoją towarzyszkę, że nie musi się obawiać zmarłych – oni już nie wstaną. To świeże i interesujące podejście do gatunku, który trochę zbyt często polega na czynieniu śmiertelnego zagrożenia osią fabuły. To właśnie ludzka postawa wobec tak druzgoczącej zmiany, jaką jest kres cywilizacji, stanowi najbardziej fascynujący element postapokaliptycznych opowieści. Zwłaszcza, kiedy jest ona ukazana z taką wrażliwością i wyczuciem jak w I Think We’re Alone Now.

Wbrew wszelkim oczekiwaniom Del (Peter Dinklage) czuje się dobrze, będąc jedynym żywym mieszkańcem swojego miasteczka. Oprócz zbierania zapasów, łowienia ryb i czytania książek mężczyzna wyznaczył sobie ambitny cel – posprzątanie wszystkich domów w swojej mieścinie i pochowanie zmarłych. Każdego dnia Del metodycznie doprowadza do porządku i oznacza iksem kolejne domostwa. Jednocześnie w pocie czoła tworzy ogromny cmentarz ofiar tajemniczego zdarzenia, które zabiło wszystkich poza nim. To ostatnie szybko okazuje się nieprawdą, jako że na drodze mężczyzny pojawia się tajemnicza młoda dziewczyna (Elle Fanning). Okoliczności, w których Grace pojawia się w miasteczku Dela, są dość niejasne, a on nie chce mieć z nią nic wspólnego. To jednak nie zniechęca przybyszki próbującej nawiązać jakiś kontakt z wycofanym i zamkniętym w sobie mężczyzną. Kiedy stopniowo ustępuje jego początkowa irytacja, Del dostrzega, że być może mylił się w wielu istotnych kwestiach.

Rozwijająca się relacja między parą bohaterów jest niejednoznaczna i pełna zabawnych zgrzytów oraz nieporozumień, ale to przede wszystkim próba zachowania własnej tożsamości w samotnym świecie. Szczerość i wrażliwość tych postaci sprawia, że można je polubić już na samym początku, dzięki czemu każda sytuacja, w której się znajdują, angażuje naszą uwagę i emocje. To nie tylko zasługa świetnych występów Dinklage’a i Fanning, ale również błyskotliwego scenariusza, znajdującego idealną równowagę między subtelnym humorem a ciężkością ludzkich dramatów.

Tak dobry materiał i pracę aktorów można łatwo spłycić nudną formą, ale to zdecydowanie nie jest taki przypadek. Morano zaczęła swoją przygodę z kinem jako operatorka filmowa i to po prostu widać. Kadry są interesujące i fantastycznie oświetlone, dawno też nie widziałem tak pomysłowego i zgrabnego montażu. Nie ma tu jednak mowy o jakimkolwiek efekciarstwie, każdy zabieg ma swój określony cel i realizuje go perfekcyjnie. To samo można powiedzieć o muzyce, która doskonale przetwarza emocjonalny wydźwięk scen na poruszający dźwięk.

Całość, pomimo swojej kameralności (a może właśnie dzięki niej) wywołuje zachwyt, jakiego na próżno szukać w większości hucznych blockbusterów.

Przedstawiona historia jest do pewnego stopnia odtwórcza, ale sposób jej opowiedzenia i ukazania w pełni to wynagradza. To śmiały film, który idzie wbrew rozmaitym trendom i bezbłędnie buduje wiarygodność swoich bohaterów. I Think We’re Alone Now najpewniej nie pojawi się w naszych kinach, ale gorąco polecam zainteresowanie się nim – warto go obejrzeć chociażby ze względu na samą formę i scenę z fajerwerkami, na której wspomnienie czuję zachwyt nawet w tym momencie.

Ostatnio dodane