Recenzje

HEX. Straszny horror

Nie musiało to być dzieło wybitne, ale mogło być chociaż przyzwoite.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Horror powinien być straszny. Wywoływanie dyskomfortu to podstawa tego gatunku. Strach może mieć różne oblicza, tak jak różne przyczyny mogą go napędzać. Zawsze jednak oczekujemy od horroru bycia na swój sposób nieprzyjemnym, drażniącym. Tym powinien się cechować film grozy. Hex Rudolfa Buitendacha jest filmem strasznym, jest też filmem nieprzyjemnym. Problem w tym, że nie w oczekiwanym, właściwym znaczeniu tych terminów.

Akcja amerykańsko-kanadyjskiego horroru rozgrywa się w Kambodży, gdzie na wypadzie z braćmi przebywa młody chłopak Ben. W malowniczym kurorcie dla zachodnich turystów poznaje piękną Amber, z którą pomimo powątpiewań starszego brata wdaje się w romans, początkowo wyglądający na sympatyczną, wakacyjną znajomość. Sytuacja szybko się jednak komplikuje – uwodząca Bena Amber zdaje się skrywać mroczne tajemnice, a wokół pary zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Mimo to oszołomiony romansem Ben decyduje się zmienić plany i zamiast na ryby z braćmi zostaje w miasteczku z Amber, wikłając się nieświadomie w intrygę z udziałem sił nadprzyrodzonych. Oczywiście jest to decyzja brzemienna w skutki, która pociąga za sobą całą kaskadę problemów, duchów obcowanie i niezbyt przyjemne zapoznanie z azjatycką magią.

Zaczyna się sztampowo, a im dalej, tym gorzej. Twórcy Hex, jak się wydaje, próbują nadać filmowi niewymuszoną lekkość i dlatego opowiadają historię o fatalnym zauroczeniu z duchami w tle w dość sztucznie wypadającej konwencji indie movie, oszczędnie dozując angażujące wizualną grozę momenty akcji. Z pewnego punktu widzenia to dobrze, bo te nieliczne sceny, w których faktycznie na scenę wkraczają nieczyste siły, wypadają tak topornie, że w najlepszym wypadku wywołują parsknięcie śmiechem. Dziwaczne decyzje w zakresie konwencji formalnej Hex przede wszystkim jednak zabijają w zarodku to, bez czego jako horror film ten nie ma w zasadzie racji bytu – suspens i atmosferę zagrożenia. Twórcy nie wygenerowali nawet krzty właściwiej atmosfery, po prostu montując (niechlujnie zresztą) kolejne sceny opowieści zmierzającej do przewidywalnego rozwiązania. Nie uświadczymy w Hex nawet prostych jump scare’ów, które przynajmniej zasymulowałyby jakiekolwiek napięcie; rzeczy po prostu się dzieją. Nie ma w zasadzie formalnej różnicy pomiędzy scenami rodzajowymi a demonicznymi, chyba że policzymy żenujące rozmycia towarzyszące majaczeniom bohaterów.

Hex zawodzi zarówno na poziomie angażującej opowieści, jak i gatunkowej gramatyki.

Na solidną krytykę zasługuje też scenariusz. Schematyczna historia w prostacki sposób angażuje tropy erotyki splecionej ze śmiercią, niebezpieczeństw pożądania i psychoanalizy. Sygnalizowane przez lokację i azjatycką otoczkę motywy wiążące fabułę Hex z khmerską mitologią ograniczają się do mało subtelnie wprowadzonego symbolu ofiary i postaci lokalnych szamanów, bez żadnego pogłębienia czy zarysowania szerszego kontekstu tych zjawisk. Kambodżańska sceneria w filmie Buitendacha w ogóle razi anachroniczną egzotyzacją i płytkim potraktowaniem w kategoriach prymitywnego, dzikiego tła dla teatru grozy. Ten mdławy koktajl nachalnej symboliki, demonicznej kobiecości i orientalnego okultyzmu byłby niesłychanie żenujący, gdyby nie porażająca, organiczna nuda, skutecznie znieczulająca widza na kolejne pożałowania godne atrakcje. Dlatego, kiedy mniej więcej w połowie seansu zostałem brutalnie uderzony w twarz przywołanym przez Amber nazwiskiem Freuda, nie poczułem już nawet uruchamianej w tym momencie żenady, bo wprowadzony byłem w stan zrezygnowanego odliczania do końca tego dziełka.

Nieudolność Hex w pewnym momencie każe na poważnie podejrzewać zamierzoną karykaturalność i zgrywę proponowaną przez twórców. Ale nawet jeśli to chcieli osiągnąć twórcy, to im nie wyszło – w tym niespójnym mariażu sztampy z brakiem inwencji trudno się doszukiwać podobnych subtelności. Hex to film straszliwie zły. Zawodzi zarówno na poziomie angażującej opowieści, jak i gatunkowej gramatyki. W efekcie ani nie ciekawi, ani nie przeraża. Nie pomaga stylizacja na kino niezależne ani wmontowanie paranormalnej osi fabularnej w ramy love story. Tutaj zawodzą przede wszystkim postaci, pozbawione wyrazu i sprowadzone do przesuwanych przez fabularne nitki manekinów. Z pierwszoplanowego duetu nieco lepiej wypada grająca ambiwalentną Amber Jenny Boyd, ale tylko dlatego, że porównaniem dla niej jest wcielający się w Bena nijaki Kelly Blatz. Na usprawiedliwienie młodego aktora można tylko powiedzieć, że z winy reżysera ewidentnie jest w roli zdezorientowany i nie wie, czy ma grać znudzonego hipstera, naiwnego kujona czy oszołomionego pożądaniem racjonalistę. Oboje są niemal całkiem przezroczyści, czym dopełniają całościowego braku polotu.

Zaletą Hex jest jego niewygórowany metraż (szczęśliwie zaledwie 85 minut), który pozwala jakoś przetrwać przygodę z tym filmem. Jego jakość kojarzy się z kiczowatymi horrorami puszczanymi w telewizji tuż przed północą lub tuż po niej, z tą różnicą, że tamte zazwyczaj nieźle sprawdzają się jako komedie. Hex jest na to zbyt nijaki i w rozczarowujący sposób głupi. Pewnie mogło być gorzej, ale jest to produkcja praktycznie przekraczająca granice filmowej przyzwoitości. A przydałoby się jej minimum.

 

Ostatnio dodane