Recenzje

HELL, NO! Nowy HELLBOY zawodzi, ale bawi

Wielki czerwony diabeł miażdzy potwory, przeklina i śmieszkuje. Jeśli przychodzisz tylko po to - dostaniesz tylko tyle. I nic więcej.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Sam Hellboy wypada zaskakująco naturalnie, ze swoją pięścią, ogonem i płaszczem narzuconym na grzbiet.

Mielizny scenariusza są na poziomie ostatnich filmów Luca Bessona. Przedłużona ekspozycja, która w dodatku nie wiadomo dokładnie kiedy się kończy; przedłużający się akt drugi ze skakaniem z miejsca w miejsce, przaśne dialogi; potencjał uciekający z minuty na minutę. Nie ogląda się tego jakoś szczególnie źle, a gdy odstawi się na bok historię, to przez przynajmniej pół seansu można zawiesić oko na przeładowanych kolorami, detalami i fakturami kadrach. Kilka lokacji ma całkiem niezły klimat i design, czego nie da się powiedzieć o wygenerowanych komputerowo potworach. Najłatwiej jest porównywać Hellboya Marshalla do Hellboya del Toro, bo wtedy jak na dłoni widać, co z nowym jest nie tak. Ale nie da się tych porównań uniknąć, gdy pamięta się te niezwykłe stwory, które powołał do życia Meksykanin. Przy nim projekty z filmu Marshalla aż uderzają brakiem pomysłowości i „biedą”. Przykłady? Wspomniana wcześniej Nimue w kilku scenach jest słabą kopią Galadrieli z Drużyny Pierścienia, a Chodzący Świniak to tania parodia romansu trolli z Hobbita z chodzącym świniakiem z Wojowniczych Żółwi Ninja. Sam Hellboy wypada zaskakująco naturalnie, ze swoją pięścią, ogonem i płaszczem narzuconym na grzbiet. Reszta postaci w ogóle nie zapada w pamięci albo zapada w pamięci źle – np. gang polujących na bohatera dżentelmenów przebierających się za postaci z Monty Pythona.

baba jaga

W tym produkcyjnym piekle nie było czasu na zawracanie sobie głowy tak błahą kwestią jak najlepszy możliwy scenariusz.

Żeby jednak nie było za dobrze – jeśli przez chwilę coś w filmie Marshalla zainteresuje, ucieszy, rozbawi, to po chwili musi pojawić się coś, co te miłe uczucia zbilansuje. Kiedy byłem w pokoju bohatera, czułem się tam bardzo wygodnie, a kiedy kilka scen później widziałem jego walkę z potworem w scenografii zwykłego, brzydkiego, nieatrakcyjnego lasu liściastego, to miałem ochotę zamknąć oczy. I tak co jakiś czas. Nie pomaga fakt, że z lokacji skaczemy bez wyraźnego związku przyczynowo-skutkowego. Czy ktoś w ogóle czuwał nad logiką tej historii? Wydaje się, że w tym produkcyjnym piekle nie było czasu na zawracanie sobie głowy tak błahą kwestią jak najlepszy możliwy scenariusz.

Harbour gra nieźle, drugi plan gra od kreski do kreski. Tyle, ile trzeba, i nic więcej. Jestem złą, okrutną wiedźmą, która chce zdobyć serce pół człowieka, pół diabła – zadaje się mówić postać Nimue. Brak jej głębi, charakteru, nutki szaleństwa. I tak niemal wszędzie. Nawet Ian McShane nie może uratować sytuacji, gdy dostanie do wypowiedzenia kilka banalnych, oklepanych kwestii. Potwory, przeciwnicy, postacie epizodyczne – wszystko takie sobie, może z wyjątkiem starszej pani strzegącej wejścia do agencji i pytającej o dowody osobiste.

Dużą zmianą w stosunku do poprzednich adaptacji była kategoria wiekowa, w jaką celował film. Tym razem zdecydowano się na R, czyli: jest krew i są bluzgi. Harbour rzuca kilka soczystych tekścików, ale większość „fucków” jest jednak niepotrzebna i władowana tylko dlatego, że mogą tam być. Efekty gore, flaki, posoka, łamane kości, zdzierane skóry – są, ale też mogłoby ich tam nie być. Idąc na film dla dorosłych, oczekuję filmu dla dorosłych, a Hellboy taki nie jest. Przypomina raczej nastolatka, który przeklina, kiedy rodzice nie patrzą i pije piwo, które mu nie smakuje.

Sumując, nowy Hellboy nie wyszedł tak, jak wszyscy by tego chcieli – producenci, reżyser i widzowie. Nie jest to może filmowa męczarnia na miarę Legionu samobójców – humor, lekkość i mizerność wielu elementów produkcji pomagają tutaj raczej w bezbolesnym seansie, który mija szybko i jeszcze szybciej wypada z pamięci. Nie wróżę, żeby film zarobił krocie, nie wydaje mi się też, że teraz producenci pójdą po rozum do głowy i dadzą del Toro nakręcić nowego Hellboya po swojemu. Płytę DVD z tym dziełem postawiłbym na półce gdzieś między Johnnym Mnemonikiem a jakimkolwiek filmem ze Stallone’em z lat 80. – te seansy dają dużo radości, ale tylko, jeśli nie oczekuje się po nich niczego innego. Ponad wszystko inne, Hellboy jest po prostu chaosem złożonym z nierównych elementów, który nie oferuje ani niebiańskiej, ani piekielnej zabawy.

 

Ostatnio dodane