W stronę zachodzącego słońca

GRINGO (Kula dla generała)

Meksykańska rewolucja we włoskim wydaniu, czyli westernowa satyra polityczna.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Nikt nie widział, nikt nie wie

Spaghetti westerny nie miały zbyt wiele szczęścia do tytułów i ich tłumaczeń. Jest to ewidentne zwłaszcza na przykładzie tego filmu z 1967 roku w reżyserii Damiano Damianiego. Polskie Gringo to nazwa tak naprawdę niewiele znacząca i do zapomnienia. Z kolei drugi, znany z telewizji przekład z angielskiego A Bullet for the General jest zbyt dosłowny, odrobinę toporny oraz psuje część radości z odkrywania fabuły. Wcale nie lepiej od nas poradzili sobie też Niemcy (Töte AmigoZabić przyjaciela) oraz Szwedzi, którzy swoim For a few dirty dollars (Za kilka brudnych dolarów) chcieli chyba napędzić do kin fanów dzieł Sergia Leone. Oryginał żyje natomiast przewrotnym Quién sabe? – czyli pytaniem: „Kto wie?”. Choć tajemnicze, stanowi istotną część filmu i zarazem jego trafne podsumowanie, chytrze zahaczające o życiową filozofię.

Pod gatunkową fasadą odnajdziemy tu łzy poległych, gorycz porażki i brak nadziei na przyszłość.

Cały fortel kryje się w tym, że fabuła tyczy się zwykłej partyzantki i osadzona jest w Meksyku czasów rewolucji. Tam też znajdujemy jednego z głównych bohaterów – młodego Amerykanina (Lou Castel), który w swoim schludnym, białym garniturku i kapeluszu spod igły wydaje się wyjęty z innej bajki. Zostaje jednak szybko wciągnięty w wir krwawych wydarzeń, kiedy to na pociąg, którym podróżuje, napadają buntownicy. Udając przestępcę, jankes dołącza do rebeliantów. Pomaga im zdobyć zapasy broni, czym zaskarbia sobie sympatię przywódcy grupy, przaśnego El Chuncho (rozsadzający ekran energią Gian Maria Volontè). Z czasem i kolejnymi przebytymi milami nawiązuje się między nimi przyjaźń…

Brzmi jak hollywoodzka bajka rodem z Kina Nowej Przygody. Ale film Damianiego – jednego z następców Leone w tym gatunku, a po latach także reżysera sequela horroru Amityville – to poprowadzona całkiem serio, acz odpowiednio przy tym przerysowana, polityczna satyra. To pierwszy włoski western, który odwoływał się do danych wydarzeń z przeszłości Ameryki Północnej, co już samo w sobie zobowiązuje. Niespodziewany sukces kasowy Gringo zapoczątkował zresztą modę na podobne produkcje pod szyldem Dzikiego Zachodu. W dobie obecnych wydarzeń z pewnością byłyby one na wagę złota. W latach 60. stanowiły jednak przede wszystkim rozrywkę, w niegłupi sposób rozprawiającą się z historią i przy okazji dość zaskakująco zmuszającą widza do przemyśleń.

W tym konkretnym przypadku duża w tym zasługa scenariusza nacechowanego ideologią oraz solidnie skonstruowanego przez duet Salvatore Laurani i Franco Solinas. Zwłaszcza to drugie nazwisko jest tu ważne, bowiem Solinas był zaprawionym w bojach marksistą, autorem wcześniejszej znakomitej Bitwy o Algier o iście dokumentalnym zacięciu, także odwołującej się do kart brutalnej historii. Ten dryg widać oraz słychać także w Gringo. Pozornie są to sympatyczne, aczkolwiek odpowiednio spływające posoką perypetie wojenne dwóch niedopasowanych do siebie osobników, przywołujące jeszcze na myśl późniejszy nurt kina amerykańskiego, czyli przyjazne widzowi buddy movies. Tak naprawdę jednak to celnie wypunktowany absurd podobnych konfliktów, wcale nie taki odległy od słynnego Paragrafu 22. Oraz sprawne ukazanie odwiecznej dychotomii na linii USA–Meksyk, które reprezentują tu odpowiednio Castel i Volontè.

Ten pierwszy jest niezwykle elegancki, kulturalny i obyty, a jego twarz dziecka nosi w sobie znamiona niewinności i sympatii (nie bez powodu rewolucjoniści wołają na niego „El Niño”). To buźka godna zaufania, lecz jednocześnie niezwykle zimna, pokerowa. Jej właściciel okazuje się wyrachowanym, pozbawionym sentymentów, dwulicowym draniem. To diabeł w anielskich ciuszkach. W opozycji do niego stoi El Chuncho – wieśniak, prostak, wręcz cham, który cieszy się życiem i na wszystko reaguje niezwykle emocjonalnie. Wiecznie nieogolony, jest prawdziwym barbarzyńcą – czyli właściwie odpowiednikiem swojego przezwiska, które wprost oznacza dzikusa – dla którego piekło stanowi codzienność. Typ o męskiej twarzy, acz naiwny jak dziecko. El Chuncho nie jest głupi, ale zawsze do bólu szczery, niepotrafiący udawać. Poza walką „dla sprawy” świata nie widzi. Łatwo go więc oszukać, podejść, zranić. I to on ostatecznie wydaje się rozumieć mniej to, co się wokół niego dzieje, niż obcy przybysz, którego bynajmniej nie obchodzi, co stanie się z Meksykiem i jego mieszkańcami.

Pod gatunkową fasadą – modelowo uzupełnioną humorem, widokami hiszpańskiej Andaluzji, przeciętnie zwyczajną muzyką Luisa Bacalova oraz rolą kobiety ozdobnika (tym razem padło na śliczną Jamajkę, Martine Beswick, która w tym samym okresie pojawiła się w dwóch filmach spod znaku 007: Pozdrowienia z Rosji i Operacja Piorun, a także u boku Raquel Welch w Milionie lat przed naszą erą) – odnajdziemy zatem łzy poległych, gorycz porażki i brak nadziei na przyszłość. Tej nie daje nawet widoczny na drugim planie, szalony jak zawsze Klaus Kinski, którego El Santo – biały brat Chuncho – stanowi prawdziwego piewcę boskiego chaosu, który dosłownie wziął sobie do serca powiedzenie „Pan Bóg strzela, człowiek kule nosi”. Lecz nawet on nie jest w stanie uratować meksykańskich chłopów od przewrotności ludzkiego losu, jaki bynajmniej nie leży w gestii religii czy ułożonych do modlitwy rąk potrzebujących. W tym kontekście tytułowe pytanie jest jeszcze bardziej sugestywne – zwłaszcza, gdy pozostaje bez odpowiedzi.

Tych film Damiano i tak nie przynosi. Głównie dlatego, że do samego końca bardziej niż refleksji hołduje swojej, chwilami nieco pokracznej, stronie rozrywkowej o jawnie B-klasowym sznycie. Ale nie zmienia to faktu, że Gringo stanowi naprawdę udany mariaż wszystkich powyższych elementów. Tym samym wpisuje się w dość szeroki, mimo wszystko, rodzaj ambitnych opowieści o Dzikim Zachodzie – zwłaszcza tych europejskich, które wszak reprezentuje. I już choćby to sprawia, że warto go obejrzeć.

P.S. Przez lata ukazało się kilka różnych wersji filmu. Na Wyspach można go było oglądać w najkrótszej, bo niespełna 80-minutowej formie. Wariant amerykański liczy sobie 115 minut, a tak zwana międzynarodowa wersja jest o trzy minuty dłuższa. Ponoć pierwotnie produkcja ta liczyła sobie aż 135 minut, jednak w tej formie nigdzie nie została wypuszczona.

Ostatnio dodane