Recenzje

GORĄCY TEMAT. Gdy obleśność dostaje po łapach

Jest to na szczęście porządne, kompetentne kino z tezą i być może zbyt wyraźną naleciałością politycznego komunikatu.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Temperatura tego filmu powinna uderzyć właśnie ze zdwojoną siłą, ponieważ echa #MeToo wciąż wybrzmiewają w mediach. Wczoraj desperacko machał rękoma idący na dno Kevin Spacey (a może własnie – odradzający się?), a medialne problemy Kamila Durczoka nie znajdują swojej kulminacji. Jeszcze zanim spoliczkowano Harveya Weinsteina, świat mediów poczuł drżenie za sprawą wydarzeń dziejących się wokół Fox News. Roger Ailes, z pozoru nietykalny włodarz stacji, został zdemaskowany przez byłe pracownice jako seksualny drapieżca.

Trochę nie wykorzystano potencjału tak wyśmienitej kobiecej obsady.

Bombshell (polski tytuł Gorący temat) opowiada o tym, jak do tego doszło. I może się wydawać, że jest to wyłącznie agitka polityczna, która znalazła podatny grunt w obecnej atmosferze politycznej, ale na szczęście mamy do czynienia z jednym z bardziej interesujących filmów, które będą miały swoją premierę na początku kolejnego roku. Nie przeszkadza temu fakt, że o tych samych wydarzeniach opowiadał ostatnio serial z Russellem Crowe’em w roli Ailesa, który nieźle ugryzł ten kawałek zepsutego tortu. Trudno może uwierzyć, że te dzieła powstały tylko ze względu na gotowość opinii publicznej do wydania sądu, ale można je uznać za komplementarne opinie artystyczne. Historia tego, jak Ailes stanął na czele Fox News, sięga jeszcze czasów Nixona, Reagana i starszego Busha. Postać kontrowersyjna, kojarzona ze środowiskiem konserwatystów, nosząca w sobie wszelkie przywary obsesyjnego republikanina. Cóż, również nieco kreskówkowa, gdyby opierać się jedynie na jego reprezentacji filmowej. Co innego sprawa, którą wytoczyła mu Gretchen Carlson, kończąca się ugodą i rekordową odprawą, 40 milionów dolarów dla Ailesa – tutaj mamy do czynienia z absurdem amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, nie tylko kreskówką. Tych 15 dni, które wstrząsnęły światem medialnym, obserwujemy z perspektywy wspomnianej Carlson (Nicole Kidman), dziennikarki Megyn Kelly (Charlize Theron) oraz stworzonej wyłącznie na potrzeby filmu Kaylie (w tej roli Margot Robbie). Ciasno, no i trochę nie wykorzystano potencjału tak wyśmienitej kobiecej obsady.

Najciekawsza warstwa dotyczy bowiem postaci fikcyjnej, wspomnianej Kaylie, a jej niewinna perspektywa wprowadza nas w bezduszny świat mediów starego porządku, który również dla widza wydaje się rozgrywać za grubą ścianą ekranu, kiedy Carlson oraz Kelly reprezentują rzeczywistość przepychanek wizerunkowych. To nie jest najlepszy wybór narracyjny, owa sekwencyjność, pozlepianie scen oraz wydarzeń z życia bohaterów, które dotyczą tylko wspomnianej afery. Gdzieś w tym wszystkim gubi się autentyczność, bo słowa wypowiadane przez postacie grane przez Kidman oraz Theron brzmią nieco jak manifesty ideologiczno-polityczne. Margot Robbie wciela się natomiast w kogoś, kto przechodzi chociaż jakąś drogę, zmienia się wraz z rozwojem fabuły, a nie tylko daje popis gry aktorskiej pod ważącym kilka kilogramów makijażem. Oczywiście role starszych koleżanek są świetne, a aktorki takiego formatu nie wyłożą się raczej na żadnej postaci, szkoda jednak, że nie rozłożono akcentów nieco inaczej, a taśma filmowa za bardzo próbuje napęcznieć dzięki ich obecności. Wprawdzie Charlize Theron jest w tym filmie nie do poznania, ale jej metamorfoza ma znamiona bogatej zastawy, a nie soczystego posiłku aktorskiego. Co ciekawe – John Lithgow, który również gra pod toną make-upu i gumowych policzków, odnajduje się w tej formie świetnie. Jego Ailes jest odpychający, władczy, zagrany na niuansach, a tylko w kilku scenach wchodzący w tryb „złego kosmicznego imperatora”. Szkoda byłoby, żeby starania specjalistów od magii filmowej przykryły skrywającego się w tej kreacji człowieka. Zdecydowanie za rzadko oglądamy tego aktora w pierwszym rzędzie kinowych obsad.

Gorący temat wydaje się być wciąż wprawką reżysera, Jaya Roacha, w opowiadaniach o ciemnych kartach amerykańskich mediów. I choć film próbuje bawić się energią narracyjną podobną do tego, co przynosi sukces Adamowi McKayowi, porzuca gdzieś po drodze bohaterów, czyniąc drugi plan ciekawszym od pierwszego. Jest to na szczęście porządne, kompetentne kino z tezą i być może zbyt wyraźną naleciałością politycznego komunikatu. Mimo wszystko warto sprawdzić, czy ten temat jeszcze grzeje, choćby dla solidnej obsady. 

Ostatnio dodane