Recenzje

GOOD TIME (2017). Aktorska dojrzałość Roberta Pattinsona

Po kilkunastu latach pracy na nazwisko poza mainstreamem, bracia Safdie z przytupem weszli na wyższy poziom realizacyjny.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Good Time rozpoczyna się od potężnego zbliżenia na sporych rozmiarów twarz Benny’ego Safdiego, współreżysera oraz odtwórcy jednej z głównych ról w filmie. Zoom trwa dłuższą chwilę, zaś po chwili kamera z równie nienaturalnie małej odległości ukazuje oblicze psychologa, rozmawiającego z odtwarzaną przez Safdiego postacią upośledzonego Nicka Nikasa. Już po chwili do gabinetu z hukiem wpada jego brat Connie (Robert Pattinson), który w obcesowy sposób przerywa sesję. Niedługo potem widzimy Nikasów rabujących bank i uciekających przed policją, a to tak naprawdę dopiero początek opowiedzianej w szaleńczym tempie historii.

Film braci Benny’ego i Josha Safdiech, znanych dotąd z licznych krótkich metraży i niezależnej fabuły Bóg wie co (2014), nie jest typowym heist movie. Otwarcie Good Time jasno sugeruje, że jest to dzieło zorientowane społecznie, w którym fatalne życiowe położenie głównych bohaterów ma dla historii równie duże znaczenie, co same kryminalne wydarzenia przedstawione na ekranie. Connie i Nick to typowe ofiary ubóstwa, które wobec beznadziejnej sytuacji bytowej walczą o przetrwanie w każdym możliwy sposób. Synowie greckich imigrantów, wychowani przez wiekową babcię, szukają poprawy bytu w przestępczej działalności, która ma zapewnić im ucieczkę z miasta i odbicie się od dna. Napad na bank wydaje się iść po myśli braci, ale gdy Nikasowie uciekają z miejsca zbrodni taksówką, w torbie z pieniędzmi wybucha paczka z barwnikiem, którego bank użył dla zabezpieczenia gotówki. Choć początkowo wydaje się, że mimo tej wpadki uda im się zbiec przed policją, Nick zostaje złapany, a pozostający na wolności Connie musi za wszelką cenę znaleźć sposób, by wydostać chorego brata z więzienia.

Błyskawiczne tempo oraz liczne zwroty akcji powodują, że film braci Safdiech ogląda się niczym nagranie z kamery GoPro z rzeczywistej przestępczej akcji.

Niech was nie zmyli potoczystość powyższego opisu – wszystkie to dzieje się w Good Time w takim tempie, że aż trudno nadążyć za zmieniającą się sytuacją. Reżyserska maniera Safdiech – wspomniane we wstępie potężne zbliżenia czy zamiłowanie do gęstego montażu – zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu, ale to właśnie dzięki niej historia opowiadana przez braci-filmowców angażuje widza bez reszty. Jednak to nie oryginalność samej treści, lecz sposób jej podania, jest w Good Time najistotniejszy. Błyskawiczne tempo oraz liczne zwroty akcji powodują, że film braci Safdiech ogląda się niczym nagranie z kamery GoPro z rzeczywistej przestępczej akcji. Po tym, jak Nick zostaje aresztowany, głównym bohaterem zostaje wymykający się schematom Connie. Trudno jednoznacznie ocenić tego bohatera i jego wybory – z jednej strony troszczy się o brata i stara się wyciągnąć go z więzienia, z drugiej jest zdolny do najgorszego, by dotrzeć po trupach do celu. Jego ludzka strona zaczyna się i kończy na relacjach braterskich, litości nie okazuje zaś nawet tym, którzy chcą mu pomóc.

Good Time zyskuje bardzo wiele dzięki znakomitemu aktorstwu i niesamowitej ścieżce dźwiękowej. To pierwsze to zasługa przede wszystkim Roberta Pattinsona, który na dobre zerwał już ze swoim wizerunkiem ze Zmierzchu i na każdym kroku udowadnia, że dojrzał aktorsko. Bracia Safdie zadbali jednak także o drugi plan: świetną Jennifer Jason Leigh w roli histerycznej sympatii Conniego czy też znakomitego Buddy’ego Duressa jako nieco przygłupiego – i mimowolnego – sprzymierzeńca głównego bohatera. Good Time nie potrzebuje licznej obsady – tych kilkoro graczy wypełnia każdy kadr energią i emocjami, które dodatkowo podbija fenomenalna, „kwasowa” muzyka Daniela Lopatina występującego tu pod pseudonimem Oneohtrix Point Never. Razem z dynamicznymi zdjęciami prawdziwego weterana amerykańskiego kina niezależnego Seana Price’a Williamsa tworzy prawdziwie pulsujący spektakl, z którego wychodzi się niczym po ostrej imprezie.

Po kilkunastu latach pracy na nazwisko poza mainstreamem, bracia Safdie z przytupem weszli na wyższy poziom realizacyjny. Pracując z wyższym budżetem i znanymi nazwiskami, uzyskali piorunujący efekt, będący odtrutką na konwencjonalne kino sensacyjne. Kto wie, czy nie jesteśmy właśnie świadkami narodzin kolejnego znakomitego braterskiego duetu reżyserskiego.

Ostatnio dodane