VHS

FORTECA. Nieśmiertelny w pierdlu z laserami

Hit z czasów, kiedy nawet najgorsze pomysły próbowano sprzedać z fantazją.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Twierdza postmodernizmu

Znamy to dobrze z tysiąca filmów nieznającego ograniczeń gatunku saj-faj. Jakaś wizja totalitarnej przyszłości à la wyolbrzymione rządy Trumpa (bądź Merkel/Macrona/Dudy – nikogo nie wolno skreślać z tej listy wyborczej). Miejsce, w którym nie można jeść rzodkiewek, sypiać razem w jednym łóżku i nosić bryczesów w drugi piątek miesiąca. Słowem: koszmar. I jednocześnie kraj, w którym wydaje się miliardy na super-ultra-hipernowoczesne więzienia, gdzie trafiają nie tylko troglodyci, gwałciciele i czarni, lecz także każdy, kto jakkolwiek przeciwstawi się „nowemu porządkowi”…

Przywodzi na myśl rzeczy, które kiedyś stały na półkach z naklejką Elgazu.

W Fortecy tym kimś jest sam bóg piorunów – Raiden, któremu najwyraźniej skończyły się baterie. Czyli Christopher „szkocki góral” Lambert, który wraz z będącą w ciąży żoną daje plamy, próbując dać dyla przez granicę meksykańską (tak jakby przejażdżka z ciężarną na stronę kontrolowaną przez nieznające litości kartele była rozwiązaniem). W rezultacie krótkiego, acz niezwykle intensywnego wydarzenia, jakie nie tylko zupełnie nie trzyma się kupy, ale też nie trzyma widza na granicy fotela, blondi heroina o twarzy Loryn Locklin (swego czasu dobre 8/10 pod względem wizualnym i 5/10 pod każdym innym) znika w ciemnościach. A były nieśmiertelny daje się złapać jak jakiś amator i trafia do tytułowego przybytku kar na wieloletnią odsiadkę za grzechy oraz, jak nietrudno się domyślić, związane z nią kopanie tyłków złych ludzi. Ale takich naprawdę złych.

O tym, jak bardzo złych, niech świadczy fakt, iż w celach znaleźć można zakazane mordy Vernona Wellsa (Bennett z Komando), Toma „Bękarta diabła” Towlesa czy młodego Cliftona Collinsa Juniora, który w przyszłości wcieli się Perry’ego Smitha w biopicu Capote; a w roli głównego bad guya, który trzęsie futurystycznym kiciem należącym do bezdusznej korporacji MenTel (dobrze, że nie MenTal), obsadzono zwyrola z RoboCopa – Kurtwooda Smitha. Mało tego, gościa doprawiono technologią pozwalającą nie tylko przysmażyć laserami tych najbardziej niepokornych – wśród których, rzecz jasna, Lambert szybko się znajdzie – ale też nawet wniknąć w sny swoich pensjonariuszy (sic!). Ba! Gość ma do swojej dyspozycji także komputer godny HAL-a 9000, czyli taki, co to sam potrafi obchodzić dyrektywy, gdy uzna to za stosowne. Dwoma słowami: dzieje się!

A dzieje się w roku 2017 – choć Włosi, starzy kawalarze, przetłumaczyli w swoim kraju tytuł na 2013 La fortezza – czyli rzecz to już nieco retro. Powstała A.D. 1992 produkcja trzyma jednak fason pod względem zaprojektowania miejsca akcji (nawet biorąc pod uwagę, że w ramach oszczędności ekipa kręciła w działającym więzieniu i w otoczeniu prawdziwych kryminalistów). Nie świeci się ono jak psu jajca, a pozostaje odpowiednio minimalistyczne i jednocześnie robiące wrażenie pomysłowością oraz praktycznością rozwiązań – jak na przykład mobilna kładka. Także nieliczne efekty specjalne utrzymały jakość, a sceny akcji dynamikę godną klasycznych szlagierów taśm wideo – choć przecież całość wcześniej trafiła do kin, zarabiając tam całkiem niemałą sumkę pieniędzy w przeliczeniu na swój śmiesznie mały (zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy) budżet ośmiu zielonych baniek.

Ten byłby zapewne znacznie, znacznie, znacznie wyższy, gdyby Forteca powstała wedle planów, czyli jako kolejny hit akcji Arnolda Schwarzeneggera. To właśnie Austriak wcielić miał się w odtwarzanego przez Lamberta Johna Henry’ego Brennicka (ach te podwójne imiona!), co zapewne okazałoby się materiałem na niezłe double feature wespół z wypuszczoną ciut wcześniej Pamięcią absolutną. Ponoć Arnold zainteresował się projektem tylko z uwagi na osobę reżysera – Stuarta Gordona – którego Reanimator bardzo mu się podobał, a w którym zresztą grał jego nadworny dubler, Peter Kent (tyle w kwestii powiązań branżowych i produkcyjnych ciekawostek). Jednak z jakichś przyczyn muskularny gwiazdor w ostatniej chwili wycofał się w projektu (pewnie przeczytał scenariusz), więc do realizacji studio podeszło ostatecznie po jak najmniejszych kosztach i bez priorytetów. I to niestety widać, słychać i czuć.

Pomimo wspomnianych zalet, film razi B-klasowością niemal każdego swojego elementu. Główny hiroł przez prawie cały czas zachowuje pokerową twarz, co w przypadku Lamberta oznacza męczenie siebie, jak i widza, który może jedynie dziękować Bogu, iż nawet bez rozbudowanej mimiki aktorowi charyzmy nie brakuje. Inna sprawa, że również specyficzny głos aktora aż krzyczy tutaj: „żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!”. Ale czy można mu się dziwić, skoro otacza go stado kartonowych, schematycznych postaci obrzucających się suchymi jak zeszłoroczny chleb dialogami oraz ciętymi ripostami starszymi od sera w lodówce? Co prawda trzeba twórcom oddać, że cały czas zahaczają o bardzo ambitne tematy, wokół których spokojnie dałoby się owinąć niejedną ciekawą historię mającą szansę przejść do annałów gatunku. Ale raz, że niespecjalnie się one do siebie dodają, a poza tym szybko porzucane są na rzecz krwawej, i owszem, lecz bezjajecznej, mało emocjonującej akcji, w której Lambert kosi zastępy bezmyślnego wroga na modłę Hot Shots! 2 – a czyni to głównie za pomocą cudacznej giwery z trzema działkami, jaka szybko stała się wizytówką Fortecy, bezbłędnie działającą na wyobraźnię odbiorcy nawet w mało pomysłowych, zdradzających dużo za dużo zajawkach.

To wszystko nakręcone zostało z energią i zacięciem rodem z najlepszych filmów wspomnianego Arnulda. Cóż jednak z tego, skoro płasko i brzydko, bo zarówno zdjęcia pachną produktem drugiej klasy, jak i muzyka Frédérica Talgorna (wcześniej Robot Jox dla tego reżysera) przywodzi na myśl rzeczy, które kiedyś stały na półkach z naklejką Elgazu. Czyli szału nie ma. Dodatkowo im dalej w ten betonowo-stalowy las, tym chyba wszystkim chciało się jeszcze mniej od Lamberta, gdyż z każdą kolejną minutą seansu spada jego jakość. A całość wieńczy finał tak bardzo „na odwal się”, że jasno dający do zrozumienia, iż w pewnym momencie pieniądze na kolejne sceny się po prostu skończyły, więc postanowiono dorzucić napis „The End” i machnąć na to wszystko ręką. Jak na ironię, Forteca została dotknięta plagą cenzury, więc w zależności od kraju zakończenie było nieco inne. Jeśli jednak widzieliście jedno, to widzieliście je wszystkie, gdyż każde jest tak samo idiotyczne i pozbawione ikry. O emocjach nie wspominając, bo z serwowaniem tychże projekt ten od początku ma poważne problemy.

Wręcz tonie w sosie VHS.

Nic z tych rzeczy nie zdołało jednak przeszkodzić Fortecy we wskoczeniu na listę kultowych produkcji ery fałhaes, a finansowy sukces zagwarantował jej nawet sequel. Nie wiedzieć czemu, trzeba na niego (i nie warto) było czekać aż do roku 2000, czyli do schyłku dominacji ciężkich, czarnych monolitów, w wolnej chwili przewijanych przez fascynatów ołówkiem z gumką. Życie kocha przy tym paradoksy i chociaż Forteca 2 jest filmem bardziej gównianym od poprzednika, to pod wieloma względami lepiej zdaje się rozumieć charakterystyczny klimat pozycji tego nośnika (no i w przeciwieństwie do straszącego penisami oryginału, tam som cycki!). 

Co by jednak nie pisać, oba filmy wręcz toną w sosie VHS i naprawdę trudno odmówić im fantazji w łatwym sprzedawaniu niemal każdej możliwej bujdy na resorach. Można więc bawić się na nich jak prosię, łykając wszystko jak leci i bez popity. Polecam zwłaszcza osadzonym – dla zabicia czasu jak znalazł.

Ostatnio dodane