Recenzje

FEMME FATALE (2002)

Wprawdzie Brian De Palma udowadnia, że potrafi wciąż robić dobre kino, a pomysłów mu nie brakuje, to jednak słowem, które najpełniej oddaje wrażenie po zakończeniu seansu "Femme Fatale" jest "niedosyt".

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Modliszka

Brian De Palma kojarzony jest przede wszystkim z pierwszoligowymi thrillerami takimi jak „Carrie”, „Nietykalni” czy „Świadek mimo woli”. Wydaje się jednak, że ostatnimi czasy reżyser ten ma zdecydowanie słabszą passę, a za najlepszą pozycję minionych dziesięciu lat można uznać „Życie Carlita” z Alem Pacino w roli głównej. Niestety, najnowsze dzieło twórcy „Mission Impossible” również nie wyrasta ponad solidny, ale tylko przeciętny poziom. „Femme Fatale”, bo o nim tu mowa, to nawiązujący do tradycji czarnego kina lat 40. i 50. thriller z erotycznym podtekstem. Niestety De Palma nie zdecydował się na pozostanie przy atrakcyjnej tematyce czarnego kryminału, ale wplótł w scenariusz wątek ludzkiego losu i przeznaczenia. Wygląda na to, że operacja ta nie wyszła filmowi na dobre odbierając mu lekkość i łamiąc konwencję, co samo w sobie zazwyczaj postrzegane jako pozytyw, w tym przypadku zakłóciło harmonię odbioru obrazu.

Laure Ash (Rebecca Romijn-Stamos) bierze udział w precyzyjnie zaplanowanym napadzie, którego celem jest pozyskanie niezwykle cennej części garderoby – gorsetu w kształcie złotego węża wysadzanego pod pięciuset diamentami. W trakcie akcji wywiązuje się strzelanina, w wyniku której ranny zostaje kierujący napadem Black Tie (Eriq Ebouaney), a Laure ucieka z wartym dziesięć milionów dolarów eksponatem. Racine (Eduard Montoute) – partner Black Tie’a – próbując odzyskać precjoza zaskakuje ją w hotelu i zrzuca z galerii w wyniku czego dziewczyna trafia do domu nieznajomych wzięta, z racji niezwykłego podobieństwa, za ich zaginioną córkę.

Prolog Femme Fatale przedstawiający drobiazgowo zaplanowany skok na kasę to prawdziwy majstersztyk inscenizacyjny.

Prolog „Femme Fatale” przedstawiający drobiazgowo zaplanowany skok na kasę to prawdziwy majstersztyk inscenizacyjny. Przywodzi na myśl najlepsze dokonania De Palmy łącznie ze sceną na chicagowskim dworcu kolejowym z „Nietykalnych”. Niestety geniusz tego filmu kończy się na tej jednej sekwencji. To, co widzimy później jest już tylko odrobinę niekonwencjonalną historią kryminalną. Film rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych, przejścia między którymi nie są w żaden sposób sygnalizowane, co wprowadza lekkie zamieszanie i wrażenie, jakby bohaterowie przemieszczali się między różnymi poziomami rzeczywistości. Momentami wywołuje to skojarzenia z podobnymi operacjami częstymi w filmach Davida Lyncha. I tak np. Black Tie w jednej scenie wykrwawia się na podłodze toalety, a w drugiej widzimy go w zakrwawionym smokingu wysiadającego z autobusu. Chaos i dezorientacja. Nic nie wskazuje na to, że sceny te dzieli 5 lat czasu filmowego. O ile u reżysera takiego, jak Lynch tego typu zabiegi są częścią wykreowanej przez niego rzeczywistości, o tyle w przypadku „Femme Fatale” wydają się jedynie niezbyt udanym zabiegiem obliczonym na zaskoczenie widza.

Po obejrzeniu pierwszego aktu wydaje nam się, że znamy już wszystkie osoby dramatu, wtedy na scenę wkracza Nicolas Bardo (Antonio Banderas) – emerytowany paparazzi, który staje się katalizatorem wydarzeń i centralną postacią drugiego aktu. Największą siłą filmu wydaje się wykorzystanie konwencji czarnego kryminału i przeciwstawienie sobie pary bohaterów granych przez Rebeccę Romijn-Stamos i Antonio Banderasa. Zgodnie ze znanym w kinie od kilkudziesięciu lat modelem, mężczyzna wciągany jest w sieć gry niedomówień i erotycznej prowokacji. Bardo od początku przekonany, że w pełni kontroluje sytuację daje się wmanewrować w rozgrywkę do momentu, kiedy zdaje sobie sprawę, że stał się przedmiotem manipulacji inteligentniejszej od siebie partnerki. To prawdopodobnie najmocniejszy fragment filmu, który w pełni uzasadnia nadanie mu takiego, a nie innego tytułu.

Laure to prawdziwy demon opakowany w perfekcyjne ciało pięknej kobiety – osoby pozbawionej skrupułów i w pełni świadomej siły swojego oddziaływania na brzydką płeć. Stara jak świat manipulacja przy pomocy seksualnego oddziaływania – mieszaniny zazdrości i skrywanych pragnień niebezpiecznie zbliża się tutaj do granicy perwersji, co znajduje swoją kulminację w niesłychanie prowokującej scenie w barze dla motocyklistów. Reżyser swoim zwyczajem stawia widza w krępującej roli podglądacza potęgowanej jeszcze przez sposób prowadzenia kamery. Laure jest chodzącym marzeniem każdego mężczyzny, który nawet kiedy zdaje już sobie sprawę, że został zmanipulowany nie może, a nawet bardziej nie chce wyrwać się z magnetycznego kręgu oddziaływania kobiety – modliszki. Co się dzieje z partnerami modliszek przypominać chyba nikomu nie trzeba. Mężczyzna przekonany o swojej przewadze popełnia zawsze ten sam błąd – nie docenia przeciwniczki, czy może raczej jej determinacji. Wynik jest zatem przesądzony. Ale czy na pewno? Czy ten, wydawałoby się oczywisty rezultat nie jest aby jedynie jedną z niezliczonych możliwości? De Palma nie byłby przecież sobą gdyby nas czymś nie zaskoczył.

„Femme Fatale” jest filmem bardzo sprawnie zrealizowanym, świetnie sfotografowanym przez Thierry’ego Arbogasta i błyskotliwie zmontowanym w takt wpadającej w ucho muzyki Ryuichi Sakamoto (dokonała wariacja nt. słynnego Bolera Maurice’a Ravela). Znajdziemy w nim również charakterystyczny dla De Palmy podzielony ekran umożliwiający obserwowanie bohatera z dwóch perspektyw lub planów. Najnowszy obraz mistrza De Palmy pozostawia jednak wrażenie niebezpiecznego skrętu w kierunku bardzo efektownego – niebywale sprawnego technicznie, teledyskowego sztafażu kosztem jakości opowiedzianej historii. Nie mamy w nim również kreacji aktorskich – Rebecca Romijn-Stamos jest bez wątpienia piękną kobietą, ale długa wciąż przed nią droga. Antonio Banderas natomiast gra zaledwie poprawnie, choć za bardzo udany należałoby bez wahania uznać jego homoseksualny epizod. Sekwencja ta nie po raz pierwszy udowadnia, że hiszpański aktor najlepiej czuje się w rolach bardzo wyrazistych, wręcz na granicy (bądź już za) przerysowania.

Wiemy już, że „Kobieta fatalna” nie będzie cieszyła się dużym powodzeniem w amerykańskich kinach (otwarcie zaledwie 2,8 mln dolarów) i nie bez powodu film ten miał prapremierę właśnie w Europie. Wprawdzie Brian De Palma udowadnia, że potrafi wciąż robić dobre kino, a pomysłów mu nie brakuje, to jednak słowem, które najpełniej oddaje wrażenie po zakończeniu seansu „Femme Fatale” jest „niedosyt”.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane