Recenzje

FATUM ELIZABETH. Kiedy baśń spotyka arthouse

Art-housowy thriller z baśniowym rodowodem. Stylowy, ale powolny i pozbawiony atrakcji typowych dla kina grozy.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Male gaze Sinobrodego

Już od pierwszych minut Fatum Elizabeth wyczuwalna jest pewna sztuczność, nieco denerwująca, gdyż obecna w każdym aspekcie filmu. Mamy zatem świeżo poślubioną parę – młodziutką kobietę i starszego mężczyznę – która jedzie samochodem do jego domu, od teraz stanowiącego również jej dom. Ten znajduje się w przepięknej, acz odosobnionej okolicy. Zarządza nim gosposia Claire, mając do dyspozycji Olivera, młodego, niewidomego chłopca. Mąż dzieli się z żoną całym swoim bogactwem – pieniędzmi, klejnotami, dziełami sztuki oraz bogatą garderobą, idealnie skrojoną pod kobietę – ale zakazuje jej wstępu do jednego jedynego pomieszczenia w całym domu. Skaner reaguje na kciuk obojga, zatem nie jest tak, że żona nie ma możliwości wejścia do zakazanego pokoju. I pewnej nocy, kiedy mężczyzny akurat nie ma na miejscu, Elizabeth przekracza próg gabinetu jej męża. Widzi tam coś, co przeraża ją i szokuje, a gdy następnego dnia Henry wraca do domu i odkrywa zdradę małżonki, wita ją z maczetą w dłoni.

Dopóki maczeta nie pójdzie w ruch, a tytułowe fatum nie zostanie wyjaśnione, trudno nam cokolwiek zrozumieć z intencji reżysera, który uwspółcześnił baśń, ale nie wyjawił po co.

Kto pamięta, ten z miejsca rozpozna zarys fabularny Sinobrodego, baśni o szlachcicu mordującym swe młode żony za nieposłuszeństwo. Zresztą pewna bajkowość przejawia się tu od razu, gdy słyszymy myśli głównej bohaterki. Dowiemy się dzięki nim, że od zawsze marzyła o poznaniu wspaniałego mężczyzny, który zabierze ją do swojego zamku. Co więcej, kiedy już jest na miejscu, jej niewinna, acz wyrazista, wręcz baśniowa uroda kontrastuje ze zwyczajnością, a może nawet złowieszczością obecnych tam osób. Ale całość razi wspomnianą już sztucznością. Słowa Henry’ego (wielki jak dąb i posągowy Ciarán Hinds) wydają się wyuczone, zachowanie Elizabeth świadczy o jakimś zniewoleniu, którego nawet ona sama nie jest świadoma, a dom – choć piękny, bogaty i zaskakująco ciepły – pozbawiony jest życia. Nawet angielski akcent rodowitej Amerykanki Carli Gugino jako Claire może wybić z rytmu tych, którzy znają jej prawdziwy głos.

Sposób, w jaki scenarzysta i reżyser filmu, Sebastian Gutierrez, prowadzi akcję, również zastanawia. Są tu sceny tak bardzo nienaturalne, że budują dystans do historii i jej bohaterów. Pierwsza wspólna noc młodej pary przedstawiona jest w kilku szybkich ujęciach przecinania nożyczkami bielizny kobiety. Widzimy tylko cięcia pasków od podwiązek lub stanika, ale brakuje ludzi, tak jakby sama czynność była ważna, nie zaś jej uczestnicy. Gdy Elizabeth następnie pada na łóżko, nie sposób wyczytać cokolwiek z jej twarzy. Gra ją australijska modelka, Abbey Lee, wciąż chyba najlepiej znana jako jedna z uciekinierek w Mad Max: Na drodze gniewu. Sprawdza się w głównej roli, gdyż przypomina trofeum, nie zaś prawdziwego człowieka; coś, czym można się pochwalić, wykorzystać, pobawić się. Jest najpiękniejszym i najważniejszym przedmiotem w domu, ale ostatecznie tylko przedmiotem. Pierwsze pół godziny filmu ma zresztą tak silny male gaze, że aż trudno uwierzyć, że reżyser potrafił uciec przed oskarżeniami o instrumentalne i szowinistyczne traktowanie kobiety, tutaj sprowadzonej wyłącznie do kawałka ciała. I dopóki maczeta nie pójdzie w ruch, a tytułowe fatum niejako nie zostanie wyjaśnione, trudno nam cokolwiek zrozumieć z intencji Gutierreza, który uwspółcześnił baśń, ale nie wyjawił po co.

W tym momencie film zaczyna się na nowo, a wszystkie wcześniejsze zastrzeżenia nabierają sensu. Nie da się jednak o nim mówić bez zdradzenia niespodzianki, a właściwie serii niespodzianek, która rozpoczyna się od sceny, kiedy główna bohaterka decyduje się poznać sekret zakazanego pomieszczenia. Bez wchodzenia w szczegóły postaram się napisać, czym w rzeczywistości jest Fatum Elizabeth oraz wokół jakich tematów się porusza.

Ostatnio dodane