Recenzje

EVAN WSZECHMOGĄCY. Fajne kino familijne ze szczyptą moralizatorstwa

Autor: Piotr Żymełka
opublikowano

W 2003 roku na ekrany kin wszedł Bruce wszechmogący, film z rewelacyjnym, aczkolwiek zupełnie niewykorzystanym pomysłem. Perypetie człowieka obdarzonego boską mocą stanowią pole do popisu dla scenarzysty – niestety, jedyne, na co zdobyli się Steve Koren, Mark O’Keefe i Steve Oedekerk, to kilkadziesiąt gagów solidnie doprawionych sosem komedii romantycznej. Nietypowej i całkiem niezłej, ale pozostawiającej uczucie niedosytu. Mimo tych braków, Bruce Wszechmogący odniósł ogromny sukces kasowy, więc należało spodziewać się sequela. I rzeczywiście, cztery lata po premierze oryginału szturm kin rozpoczyna Evan wszechmogący.

(...) wszystkie gagi opierają się w zasadzie na kolejnych metamorfozach głównego bohatera, jego początkowej niechęci wobec zaistniałej sytuacji oraz zmaganiach z całą resztą świata (...).

Znany z poprzednika dziennikarz Evan Baxter (Steve Carell) zostaje członkiem Kongresu USA. Zabiera więc rodzinę do nowo zakupionego domu w dzielnicy willowej. Pierwszy dzień w pracy to próby wpasowania się w nowe środowisko – Evan dostaje przestronny gabinet i stos papierów do przejrzenia. Wszystko wskazuje więc na to, że biurokratyczna machina wciągnie Baxtera i stanie się on kolejnym typowym politykiem. Pewnego wieczoru pod wpływem rodziny Evan prosi Najwyższego, by pomógł mu zmienić świat. Nie podejrzewa nawet, jak szybko jego życzenie się spełni – wkrótce bowiem Bóg (Morgan Freeman) nakazuje mu, podobnie jak kiedyś Noemu, zbudować Arkę. Kongresman, początkowo nieufny i sceptyczny wobec, zdawałoby się, szalonego pomysłu, przystępuje do spełnienia powierzonego mu zadania.

Carell bezbłędnie przedstawił zwykłego człowieka zmagającego się z niecodziennym problemem.

Główny bohater luźnego sequela Bruce’a wszechmogącego nie posiada żadnych nadludzkich umiejętności (wprawdzie zmianie ulega jego wygląd zewnętrzny, ale nie zyskuje dodatkowych mocy). Pozostaje zwykłym człowiekiem, który stoi przed niezwykłym zadaniem. Dzięki temu uniknięto tu powtórzenia błędów oryginału, gdzie zupełnie nie wykorzystano drzemiącego w pomyśle (i postaci Bruce’a) potencjału. Evan wszechmogący nie daje obietnicy, której potem nie dotrzymuje – wszystkie gagi opierają się w zasadzie na kolejnych metamorfozach głównego bohatera, jego początkowej niechęci wobec zaistniałej sytuacji oraz zmaganiach z całą resztą świata (w momencie zaakceptowania „rozkazu” Boga). Dodatkowo znajdziemy w filmie szczyptę fantastyki oraz racjonalnie dozowanego moralizatorstwa, bez którego obecnie chyba żaden hollywoodzki blockbuster nie może się obejść. Ten mariaż wyszedł reżyserowi nad wyraz dobrze, a co więcej, tempo również utrzymuje się na przyzwoitym poziomie i obraz właściwie nie nuży. Nie można go jednak zakwalifikować wyłącznie jako komedii, ponieważ żartów (nota bene całkiem niezłych) jest po prostu za mało. Evan wszechmogący podpada bardziej pod kino familijne i powinien być rozpatrywany właśnie w tej kategorii. W innym przypadku widz srodze się zawiedzie, oczekując ultra śmiesznej historii.

Steve Carell, mimo ponad czterdziestki na karku, to wschodząca gwiazda komedii. Dotychczas wcielał się głównie w postaci drugoplanowe, ale od jakiegoś czasu zaczęto powierzać mu większe role. W przypadku opisywanej produkcji aktor miał trudne zadanie – właściwie cały film musiał dźwigać na swoich barkach. I wyszło mu to nad wyraz dobrze. Carell bezbłędnie przedstawił zwykłego człowieka zmagającego się z niecodziennym problemem. Jednak bezsprzecznie najlepszą rolę w Evanie wszechmogącym (i w oryginale również) kreuje Morgan Freeman. Czarnoskóry aktor świetnie oddał postać Boga, odtwarzając ją z godnością i dostojeństwem; ponadto z każdego wypowiadanego przez Najwyższego słowa bije dobroć i spokój. Na jednym z for internetowych natknąłem się na opinię, w której ktoś wręcz wyraził nadzieję, iż Bóg zachowuje się tak jak Freeman. Z pozostałych odtwórców warto wspomnieć o Johnie Goodmanie. Niestety reżyser zupełnie nie wykorzystał drzemiącego w aktorze talentu komediowego. Goodman pojawia się tylko okazyjnie i w zasadzie nie dostał ani jednej zabawnej sceny. Ponadto w kadrze widz dostrzeże mnóstwo zwierząt, co dało szanse na zaprezentowanie kilku sztuczek typu małpa podająca głównemu bohaterowi napój.

Ostatnio dodane