Recenzje

ELEGIA DLA BIDOKÓW. Nieudany Oscar bait

Autor: Krzysztof Nowak
opublikowano

Bestsellerowa książka jako fabularny fundament całości. Muzyka współtworzona przez Hansa Zimmera. Obecny w pierwowzorze wymiar społeczny i polityczny. Gwiazdorska obsada z typowanymi na kandydatki do Oscara Glenn Close i Amy Adams na czele. Role wymagające przeobrażenia fizycznego, będące okazją do wykazania się umiejętnościami przechodzenia w skrajne stany emocjonalne. Na dodatek uznany i doświadczony reżyser u steru. Czy coś może pójść nie tak?

Napisany w cynicznym tonie wstęp ma oczywiście na celu zarysowanie perspektywy, z jaką Elegia dla bidoków wchodziła na ekrany kin domowych. Zapach klasycznego Oscar baita unosił się nad nią bowiem jeszcze w trakcie trwania produkcji, kiedy pojawiały się głosy, że oto wreszcie nadchodzą występy, za które Glenn Close (uprzednio stosunkowo niespodziewanie pokonana przez Olivię Colman) i Amy Adams zgarną upragnione statuetki. W filmie pokładano więc duże nadzieje, co niejako potwierdzał fakt, że decydenci z platformy streamingowej wybrali na datę premiery sezon nagrodowy. Czy podchody się udały i w przyszłym roku twórcy odbiorą oczekiwane zaszczyty? Nie będę trzymał was w niepewności: szczerze wątpię.

Trudno jednak nie wątpić, gdy oglądamy film w starym złym hollywoodzkim stylu, cynicznie ugrzeczniający lub nawet wycinający elementy fabuły, które mogłyby zostać odebrane jako kontrowersyjne. Ron Howard to mistrz kina stylu zerowego, tutaj dający upust swoim potrzebom wygładzenia materiału. Tym samym obecne w książce znaczenia społeczno-polityczne w jego adaptacji niemalże wyparowują, zastąpione przez klasyczny melodramat. Problemy klasy pracującej? Ograniczają się do krótkich ujęć na zamknięte fabryki i paru prztyczków w nos dla głównego bohatera za to, że udało mu się dostać na Yale. Kwestia prawicowego elektoratu USA, czyli najprawdopodobniej powód, dzięki któremu pierwowzór literacki stał się bestsellerem? O polityce się nie rozmawia, dlatego takich wątków również nie uświadczymy. Drażliwe tematy, które byłyby dzisiaj niezwykle aktualne ze względu na wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, które na dodatek z perspektywy czasu można by potraktować rozliczeniowo, zostają bezpowrotnie wycięte z fabuły, a poglądów bohaterów możemy się jedynie domyślać.

Obecne w tytule hillbilly (niemożliwe do przetłumaczenia na język polski, w konsekwencji czego otrzymaliśmy nieudolne „bidoki”) jest określeniem na ludzi pochodzących z terenów wiejskich, górzystych. Co ciekawe, obecnie uważa się je za krzywdzące i obraźliwe, co kłóci się z przedstawieniem w filmie, w którym w pewnym momencie grana przez Glenn Close Mamaw dumnie oświadcza, że należą do hillbillies. Stereotypowe portretowanie mieszkańców tych okolic nie kończy się zresztą na nazewnictwie. Głównym bohaterem filmu jest autor autobiografii J.D. Vance (Owen Asztalos, Gabriel Basso), pochodzący z południowego Ohio student prawa, starający się o zatrudnienie w prestiżowej kancelarii. Jego ambitne plany przerywa nagły telefon od siostry z informacją, że ich matka, Bev (Adams), znalazła się w szpitalu z powodu przedawkowania narkotyków. Mężczyzna wyrusza w rodzinne strony, by pomóc rodzicielce stanąć z powrotem na nogi, jednocześnie wspominając czasy dzieciństwa i dopełniające ich tragiczne wydarzenia.

A dzieciństwo to nie było najszczęśliwsze, łagodnie ujmując. Zmagająca się z uzależnieniem matka, wpadająca w napady wściekłości i wyładowująca je na najmłodszym członku rodziny to główne źródło jego traum i powód, dla którego koniec końców bardziej zżył się z babcią, Mamaw. Montując równolegle wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości, film stara się eksplorować motywy wychowania w atmosferze przemocy, ale – trzeba zaznaczyć – robi to bardzo powierzchownie. Potencjalnie mocne emocjonalnie sceny, takie jak Bev goniąca syna do domu sąsiadki z groźbą morderstwa na ustach, zostają z jakiegoś powodu ośmieszone wstawkami humorystycznymi („Moje psy gryzą!”). Groteska nie pasuje do tych fragmentów, gdy cała reszta robiona jest w sposób do bólu sentymentalny i poważny, co podkreśla przezroczysty styl Howarda, nakładającego na ekran podczas retrospekcji delikatną sepię, byśmy nigdy nie mieli wątpliwości, w której linii czasowej rozgrywa się właśnie akcja. Jeżeli zaś szukacie naturalistycznych obrazów zażywania narkotyków – nie ten adres.

Zaskakuje za to, że w tej ewidentnie zachowawczej wizji zdecydowano się na widok iście niehollywoodzki – sflaczałe, niedoskonałe ciała postaci kobiecych. Na potrzeby ról Adams i Close doczekały się zmian wizerunkowych na poziomie, można by rzec, fundamentalnym, jednak momentami przybiera to formę bliską karykaturze. Tym bardziej że obie aktorki grają tu na przysłowiowym wysokim C, intensyfikując kreacje do stopnia zakrawającego o szarżę. W tym zestawieniu o wiele lepiej wypada naturalna i stonowana Freida Pinto – o ironio! – przez większość czasu komunikująca się z protagonistą przez telefon.

Nie zrozumcie mnie źle – Elegia dla bidoków nie jest filmem kiepskim. Jest jednak filmem na tyle nijakim i rozczarowującym, że rozgoryczenie wylewa się z każdego kawałka mojego tekstu. Należy przy tym zaznaczyć, że produkcja może rezonować emocjonalnie z widzami, gdyż Ron Howard, co by o nim nie mówić, zna się na swoim fachu. To wprawny rzemieślnik, który przygotował obraz pod względem formalnym poprawny, stawiając nacisk na relację syna z matką i babcią, a całość przypieczętowując ilustracyjną muzyką Davida Fleminga i Hansa Zimmera. Pozostaje jedynie żałować, że adaptacja mająca podstawy do bycia społeczno-politycznym głosem Ameryki w ostatecznym rozrachunku przeistoczyła się w rzewliwy melodramat. Były obietnice, a skończyło się na niczym. Jak w polityce.

Ostatnio dodane