Recenzje

EAGLE EYE. Niezły aktorsko słabiak z SHIĄ LABEOUFEM

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Eagle Eye to jeden z tych filmów, na które szedłem z wyrobionym już o nim zdaniem. Brzmiało ono mniej więcej tak: „będzie pewnie całkiem fajnie, do chwili, kiedy tajemnica się wyjaśni i fabuła stanie się całkowicie kretyńska”. Nie mogę powiedzieć, żeby to wrażenie minęło się bardzo z prawdą. Do pewnego momentu film ogląda się przyjemnie, ale z czasem coś zaczyna mocno zgrzytać. I nie chodzi mi wcale o marne aktorstwo (bo marne nie jest), ani o durne rozwiązanie rozreklamowanej w zwiastunach Wielkiej Tajemnicy (bo widywałem już durniejsze) . Zacznijmy jednak od początku.

Dzieło pana Caruso wygląda jak mozaika ułożona ze znalezionych przypadkiem kawałków.

Jerry Shaw jest ledwo wiążącym koniec z końcem pracownikiem punktu ksero, który dorabia, ogrywając kolegów z zakładu w pokera. Buntownik, skłócony z ojcem, zostaje zmuszony do ponownego spotkania z rodziną na pogrzebie swojego tragicznie zmarłego brata bliźniaka, w którego cieniu stał przez całe życie. Po powrocie do domu odkrywa podrzucone przez kogoś ogromne ilości materiałów wybuchowych i broni, a nieznany głos w słuchawce ostrzega go przed policją i każe uciekać. Niedługo po tym wydarzeniu podobny telefon otrzymuje Rachel Holloman, która, pod groźbą wykolejenia pociągu, którym jedzie jej syn, również zostaje wciągnięta do tej swoistej „gry”.

Miło popatrzeć w B-klasowym filmidle na postaci, które nie są klepiącymi mechanicznie swoje kwestie manekinami.

Pierwsze wrażenie – scenarzysta oglądał niedawno Matrixa i postanowił znacznie wydłużyć scenę, w której to Morfeusz wyprowadza Neo z biura, aby uchronić go przed Agentami. Drugie wrażenie – scenarzysta oglądał chyba jeszcze kilka innych filmów, ponieważ Eagle Eye sprawia wrażenie ulepionego z pomysłów innych filmowców. Żeby nie było – nie mam nic przeciwko nawiązywaniu do innych obrazów, ale najnowsze dzieło pana Caruso wygląda jak mozaika ułożona ze znalezionych przypadkiem kawałków. Czego w tym filmie nie ma: jest Siedem (widziana już na zwiastunie scena z drogą przez pustkowie i słupy wysokiego napięcia; furgonetka też jest), wspomniany już Matrix, Ja, Robot, a nawet 2001: Odyseja kosmiczna i (na upartego) Szklana pułapka 4.0. Poczucie deja vu towarzyszyło mi przez cały seans, a film okazał się (parafrazując Ala Pacino z Bezsenności) przewidywalny jak sracz dla hydraulika.

Eagle Eye robi też coś, czego w żaden sposób nie jestem w stanie w kinie strawić – uderza w patetyczne tony w mocno tandetny sposób. Coś na kształt „pokażmy flagę i rzućmy parę zdań z offu, a duma narodowa wszystkich amerykańskich patriotów zostanie zaspokojona”. Przewijają się więc terroryści, jest podejmowanie Niezwykle Ważnych Decyzji dla dobra kraju (oby wszystkim w USA żyło się jak najlepiej!) i poświęcenie jednostki dla dobra (niekoniecznie) słusznej sprawy.

Na razie słabo. Jest jednak coś, co ratuje film przed totalną klęską – aktorstwo. Nie jest to oczywiście kunszt na miarę Marlona Brando lub Roberta de Niro, ale miło popatrzeć w B-klasowym filmidle na postaci, które nie są klepiącymi mechanicznie swoje kwestie manekinami. Najciekawszą… nie, to trochę za mocny superlatyw – najfajniejszą postać wykreował Billy Bob Thornton. Jego agent FBI Thomas Morgan to twardziel, który nie da sobie w kaszę dmuchać i który uwielbia przypominać wszystkim wokół, kto tu tak naprawdę rządzi. Oczywiście można biadolić nad tym, że film kręcony był pod kategorię PG-13, więc żadnych „faków” nie uświadczymy nawet z ust plującego jadem na prawo i lewo policjanta. Drugim aktorem, na którego warto zwrócić uwagę, jest Shia LaBeouf. Może i narażę się tym stwierdzeniem na śmieszność w oczach co poniektórych, ale uważam, że wypadł on bardziej niż dobrze. Nie powtarza swojej roli z Transformers i jednocześnie jest bardzo naturalny w tym co robi.

Podsumowując, Eagle Eye nie jest filmem fatalnym. Ciężko mi też z czystym sumieniem nazwać go filmem złym. To po prostu zwykły słabiak, który ani ziębi, ani grzeje. Jest w nim kilka niezłych scen akcji, ale jest też parę nudnawych dłużyzn. Do obejrzenia jednokrotnego. Najlepiej na pożyczonym od kogoś DVD.

Na koniec jedna prawda objawiona przez ten film (nie zamierzam nikogo katować wymyślonymi na siłę pięćdziesięcioma). Jeżeli jesteś B.B. Thorntonem, to zostaniesz bez większych problemów wpuszczony wszędzie. Nawet do tajnego, rządowego kompleksu badawczego znajdującego się kilkadziesiąt pięter pod Pentagonem. W końcu ścigasz potencjalnego terrorystę.

Tekst z archiwum film.org.pl (21.10.2008).

Ostatnio dodane