Recenzje

DZIEDZIC MASKI. Od bohatera do zera

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Bez zbędnych ceregieli – Dziedzic Maski to jeden z najgorszych filmów jakie widziałem w życiu. Niektóre filmy mają pecha do kontynuacji. Co ja piszę, jakie niektóre? – większość ma pecha, bo rzadko trafia się sequel, o którym można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest godnym następcą. Ale coraz częściej zdarza się tak, że producenci najnormalniej w świecie żerują na jakimś hicie, aby zarobić trochę pieniążków. Wielokrotnie staje się tak, że świetny wyjściowy pomysł sprzed lat zostaje przerobiony na mielone, by nabić kabzę kilku podrzędnym dorobkiewiczom. Produkcja masowa, która rokrocznie wypuszcza kilkanaście kontynuacji. Smutne to jest, ale jak najbardziej realne.

Tak było z plastikowo-jarmarcznym sequelem Mortal Kombat, który jedynie nazwiskami postaci i zarysem fabuły przypominał wcześniejszą, świetną (tak, świetną!) nawalankę rodem z ekranu komputera. Reszta była skrzyżowaniem Power Rangers z kreatywnością Uwe Bolla. Tak było z kontynuacją Szkoły uwodzenia, wyzbytą z cynizmu jedynki, która szpanowała głupotą i nic nie wnoszącą golizną. Tak było z setkami (dosłownie!) innych produkcji. To, że Amerykanie zjadają własny ogon, wiadomo od dawna, lecz w ostatnich latach sytuacja stała się wyjątkowo beznadziejna, a my, bezsilni kinomani, możemy się temu jedynie przyglądać. Wspominam o tym wszystkim, ponieważ opisywany tu tytuł – Dziedzic Maski – jest nie tylko bezsensownym gniotem bez żadnej filmowej wartości, lecz również idealnym przykładem na wykształcenie się w Stanach jakiejś dziwacznej odnogi kina, która opiera się na systemie „touch&go”; wymyślić, nakręcić, zapomnieć. Zdaje się, że Obelix miałby coś w tej sprawie do powiedzenia.

Już sam pomysł nakręcenia sequela Maski bez Jima Carreya wydawał się pozbawiony jakiejkolwiek logiki, ale głęboko wierzyłem (który to już raz…), że nie będzie tak źle i co najwyżej film nie wytrzyma porównania ze świetnym poprzednikiem. Jasne, że nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać. Dość dodać, że gotowy film mnie załamał. Nie, wróć! Wbił mnie w ziemię swoją beznadziejnością i pozostawił tam na pastwę robaczków. Dziedzic Maski to pseudo-komedia (ale mi się udał eufemizm), która wykorzystuje świetnego poprzednika, by pokazać kilka beznadziejnych gagów rodem z komediowych telenowel wenezuelskich, zmuszające do odruchu wymiotnego przesłanie pro-rodzinne oraz gamę efektów specjalnych, które swoją sztucznością biją na głowę nawet filmy Uwe Bolla. I to nawet nie ta sztuczność, czy zaprezentowany humor są tu największymi wadami, choć, przyznaję, wielokrotnie za ich sprawą chciałem sprawdzić wytrzymałość ściany. Zawiodła przede wszystkim linia fabularna i same postaci. Da się jeszcze przeżyć wizję nordyckiego panteonu bogów jako dysfunkcjonalnej rodziny, która z miejsca zyskałaby współczucie bohaterów „Małej Miss”. Ale to tylko czubek góry lodowej, bo tytułowego syna (przepraszam, dziedzica) głównego bohatera, stylizowanego na połączenie niedorozwiniętego supermana z omenowym Damienem z ADHD, nijak zaakceptować nie mogę.

Tak samo sprawa się ma ze złośliwym zielonym psiskiem, które jest, ni mniej, ni więcej, tylko żałosnym dowodem pseudokreatywności twórców. A to nie koniec, ponieważ dwaj protagoniści biją wszelkie rekordy partactwa. Nie dość, że rażą wszelkimi możliwymi uchybieniami, to jeszcze mogą spokojnie stanowić książkowy przykład złego scenariusza i aktorstwa. Grany przez Jamiego Kennedy’ego Tim nijak ma się do pamiętnego Stanleya Ipkissa w wykonaniu arcyśmiesznego Carreya. Postać w zamiarze podtrzymująca sequel jest bardziej drewniana od baobabu, a sam aktor wygląda jakby ciągle zastanawiał się nad tym, kim jest morderca z trylogii „Krzyku”. Natomiast udający Lokiego Alan Cumming zachowuje się jak pięciolatek, który wybił właśnie kamyczkiem szybę znienawidzonemu sąsiadowi i nie wie, jak uzewnętrznić swoją radość. Razem grzebią wszelkie komediowe zamysły, jakie reżyser Lawrence Guterman teoretycznie do filmu wrzucił. Teoretycznie, bo nie chce mi się wierzyć, że ten film miał jakikolwiek potencjał. Za całościowy wysiłek należałoby twórców przyjaźnie ukamienować.

Wyżyłem się i już mi lepiej. Odradzam tego potworka każdemu, kto choć trochę szanuje pozostawiony mu na tej planecie czas. Jeżeli będziecie mieli wybór między sequelem Maski, a spacerem w kożuchu w lecie, to zainwestujcie jeszcze w czapkę – efekt będzie taki sam, a nie trzeba będzie wyrzucać z siebie negatywnych emocji naśladując Rocky’ego w walce ze ścianą. Niewinny monitor również nie będzie musiał cierpieć obraźliwych uwag skierowanych pod jego adresem. Nie wiem, co jeszcze napisać. Żartuje się czasami, że trzeba być sadomasochistą, aby ten czy inny film obejrzeć od początku do końca. Uwierzcie mi, że nawet takie predyspozycje rozrywkowe tu nie pomogą. I piszę to wyzbywając się w tej chwili jakiegokolwiek sarkazmu i wszelkiej wiedzy filmowej. Dziedzic Maski jest po prostu na poziomie szamba, które dawno zapomniało czym jest tzw. dno.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane