Recenzje

DYKTATOR (1940). „Bruneci są gorsi od Żydów”

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Dyktatorzy w końcu wymrą, a władza powróci do ludzi, bo tylko oni, a nie zepsute elity, potrafią zadbać o pokój na świecie. Brzmi górnolotnie i utopijnie? Według zwolenników tzw. makkartyzmu w latach 50. wygłaszający w Dyktatorze takie tezy Charles Chaplin, nieważne, że zrobił to jako aktor i w pewnej filmowej konwencji, mógł być podejrzany o sprytnie zamaskowane głoszenie komunizmu. Tak zresztą było, a FBI stworzyła potężną teczkę na jego temat. Czy nie przypomina to trochę usilnych poszukiwań żydowskich korzeni u obywateli III Rzeszy przez SA i Gestapo? Chaplin jakże zaczepnie i dwuznacznie użył swojej fizjonomii, żeby pokazać widzowi, co się stanie w Europie, kiedy ludzie oddadzą rządy obłąkanej jednostce? Ale czy naprawdę chodziło tylko o Stary Kontynent? O Holokaust? O samo bycie tym Hitlerem? A może Chaplin chciał powiedzieć coś znacznie więcej o Führerze, a poprzez niego w ogóle o przemianach społecznych w XX wieku, o pniu, z którego rodzi się polityka cynicznych elit, no i przede wszystkim o kapitalistycznej propagandzie w USA.

To nie jest prawda, że w pamiętnym przemówieniu władcy Tomanii pojawia się tylko jeden zrozumiały niemiecki rzeczownik.

Charles Chaplin był konserwatystą pod względem użycia słyszalnej dla widza mowy w filmie. Nawet gdy minęły czasy niemego kina, wciąż uważał, że dźwięk zabiera tak wiele uwagi publiczności, że ta przestaje zwracać uwagę na to, co dla niego było sednem aktorstwa – poruszające się ciało, ta jedyna w swoim rodzaju pantomima, na której została wybudowana jak niewzruszony posąg cała legenda Chaplina – komika wszech czasów. Z tego powodu właśnie aż do końca lat 30. Chaplin nie zagrał w udźwiękowionym filmie. Dyktator był pierwszy, co zresztą widać po sposobie gry głównego aktora, scenarzysty i reżysera.

W tych trzech rolach Chaplin po upływie tylu dziesiątek lat wciąż się sprawdza, a co do tej naleciałości z niemych filmów – właściwie tylko ona może tak naprawdę przeszkadzać. W Dyktatorze charakteryzuje ją używanie wielkiej ilości ruchów aktora, póz, mimicznych gagów itp., żeby tłumaczyć widzowi fabułę, osobowość głównej postaci i jej relacje z przedstawionym światem. Dzieje się to na równi z używaniem do tego samego dialogów. Patrząc na Chaplina w roli żydowskiego fryzjera, miałem niekiedy wrażenie, że oglądam wciąż niemy film z przypadkiem dostawionym głosem. Działo się tak tylko w przypadku Charlesa, a kiedy mówiły pozostałe postaci, sytuacja wracała do normy, czyli przestawała być sztuczna.

Natomiast kiedy na ekranie pojawiał się Adenoid Hynkel, czyli tytułowy dyktator, gestykulacja Chaplina z kolei doskonale uzupełniała kwestie mówione. Nie wyczuwało się żadnej przesady ani zapożyczeń z czasów niemego kina. Może dzięki odpowiednio skomponowanemu przemówieniu. Chaplin przecież w większości udawał, że mówi po niemiecku. W wielu różnych wypowiedziach oraz nawet w recenzjach Dyktatora znalazłem stwierdzenia, że w pamiętnym przemówieniu władcy Tomanii pojawia się tylko jeden zrozumiały niemiecki rzeczownik – Schnitzer (sznycel). Nie jest to prawda. Przesłuchałem mowę Hynkla kilkakrotnie i znalazłbym jeszcze sporo innych słów, np. treffen sich, ja, haben, straff, sprechen, die Welt, fasten, trochę rodzajników, odmianę czasownika Sein itp. Powstała zatem kolejna „miejska legenda” dla gimbazy o tym, że dyktator według Chaplina gada coś o sznyclach, a reszta to pozbawiony sensu bełkot. W tych pozornie niezrozumiałych słowach kryje się odpowiednio zaplanowany przekaz emocjonalny. W połączeniu z tłumaczeniami kogoś w rodzaju narratora w samym filmie uważny widz może wiele z tego pastiszu na temat Hitlera odczytać. I pomyśleć, że niewiele brakowało, a tej analogii do wodza III Rzeszy mogłoby nie być, gdyby nie Alexander Korda. Podobno to on pierwszy spostrzegł łudzące podobieństwo Chaplina do Hitlera. Niestety, nie znalazłem żadnego źródła potwierdzającego tę rewelację, bo szczerze powiedziawszy, z punktu widzenia Europejczyka trudno mi uwierzyć, że o tym podobieństwie musiał Chaplinowi ktoś powiedzieć i że sam się wcześniej nie zorientował, chociaż w latach 30. był w Berlinie. Bardziej byłbym skłonny uwierzyć, że Chaplin uświadomił sobie podobieństwo po seansie Triumfu woli (1935), dokumentu autorstwa Leni Riefenstahl opowiadającym o szóstym zjeździe NSDAP w Norymberdze.

Ostatnio dodane