W stronę zachodzącego słońca

DWA OBLICZA ZEMSTY

Nieznana twarz Marlona Brando.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Joker

Telewidzowie mogą kojarzyć oryginalny tytuł tego filmu – One-Eyed Jacks to wszak nazwa przybytku uciech w kultowej serii Twin Peaks, gdzie wraz z nią pojawia się także bezpośrednia wzmianka o tej produkcji z 1961 roku, z wielkim Marlonem Brando za sterami. Znamienne, że pomimo tego odniesienia jest to dziś pozycja właściwie zapomniana, swą drugą młodość przeżywająca dopiero od niedawna, za sprawą pięknej, cyfrowej rekonstrukcji pod nadzorem samego Martina Scorsesego.

Już w swoim pierwotnym zamyśle była to niezwykle imponująca produkcja.

Projekt ten – roboczo zwący się Guns Up (niezwykle kiczowato, trzeba przyznać) lub Comanchero (zapewne zrezygnowano z tej nazwy, gdyż w tym samym roku premierę miał western z Johnem Wayne’em o tytule będącym liczbą mnogą tego samego słowa, oznaczającego ludzi handlujących z Komanczami, co w obu przypadkach nie ma większego związku z fabułą) – ma, jak większość opowieści z Dzikiego Zachodu, bardzo prosty punkt wyjścia.

Oto dwóch rzezimieszków – niejaki Rio (sam Brando) i jego mentor Dad Longworth (po raz trzeci u boku gwiazdora znakomity jak zawsze Karl Malden) – zostaje przygwożdżonych na szczycie góry przez ścigających ich stróżów prawa. „Tatuś” panikuje i pod pretekstem przyprowadzenia świeżej pary koni, na których mogliby zwiać ze zagrabionym wcześniej łupem, zostawia przyjaciela na pastwę losu. Rio trafia do paki i, czego tytuł bynajmniej nie kryje, zamierza się zemścić za tę zdradę. Czeka go jednak mała niespodzianka, gdyż w międzyczasie korzystający z uroków wolności Dad zdołał sobie zapewnić ciepłą posadkę szeryfa w pewnym małym miasteczku…

Brzmi to wszystko dość błaho, ale zapewniam, iż Dwóm obliczom zemsty daleko do banału. Już zresztą w swoim pierwotnym zamyśle była to niezwykle imponująca produkcja. Oparta na książce The Authentic Death of Hendry Jones Charlesa Neidera, który na potrzeby historii przemielił znany wszem i wobec życiorys Billy’ego Kida (Rio często jest tu wszak „dzieciakiem” nazywany), początkowo miała u swoich sterów takie nazwiska, jak Rod Serling i Sam Peckinpah, którzy napisali scenariusz, oraz… Stanley Kubrick, który miał całość wyreżyserować dla studia Paramount. Brzmi zbyt pięknie, zatem nie dziwne, iż wkrótce wszyscy zostali przez włodarzy wytwórni odesłani z kwitkiem (Peckinpah przekuł potem niektóre z odrzuconych tutaj pomysłów w swojego… Pata Garretta i Billy’ego Kida). To sprawiło, że Brando – mający przecież status aktorskiego talentu wszech czasów i człowieka, któremu wolno wszystko – wkurzył się i… sam stanął również i za kamerą.

Efektem tego jest nie tylko niemający wiele wspólnego z oryginałem western, ale też dzieło niepodobne do żadnego z wcześniejszych tego typu – zwłaszcza, że moda na redefiniujące styl włoskie dokonania jeszcze wtedy nie nadeszła. Ale też nawet dekady po królowaniu spaghetti westernów w świadomości kinomanów Dwa oblicza zemsty nic nie straciły na swojej świeżości, nieszablonowości, co jakby samo w sobie już potwierdza ich jakość. Także przy założeniu, iż zdecydowanie nie jest to rzecz dla każdego, a już na pewno nie dla tych, którzy uczuleni są na słowa pokroju „Brando”, „artyzm”, „ambicja” czy „ego”.

W istocie film Brando jest mocno naznaczony jego osobą od początku do końca. To niekoniecznie minus, biorąc pod uwagę, że jest on tu wszak główną postacią. Niemniej manieryzm aktora potrafi chwilami być delikatnie nieznośny. Lecz jakkolwiek Brando aktor ewidentnie nieco tu gwiazdorzy, tak Brando reżyser (a był to jego debiut) stosownie go temperuje, dając się wykazać też pozostałym uczestnikom dramatu – wśród których znaleźli się jeszcze: Katy Jurado (znająca już wielkiego Marlona z planu Viva Zapata!), weteran Ben Johnson, Slim Pickens, Elisha Cook Jr. oraz Pina Pellicer w swej jedynej amerykańskiej roli przed nieszczęśliwym pożegnaniem się z życiem w wieku jedynie 30 lat. Twórca nowicjusz wyraźnie czuł materiał. Choć niekoniecznie jego długość.

Całość trwa bowiem blisko dwie i pół godziny, tempo bywa leniwe, a czystej akcji jest stosunkowo niewiele, zatem tu i ówdzie wkrada się odrobina monotonii – szczęśliwie nieprzechodząca w czystą nudę, bo na tę zwyczajnie… nie ma tu miejsca. Zresztą mogło być o wiele gorzej. W końcu stający po raz pierwszy – i jak się później okazało ostatni – przed takim zadaniem Brando dał się zjeść ambicjom nieprzekładającym się na realizacyjną sprawność. Bezlitośnie przeciągając w nieskończoność zdjęcia – między innymi autentycznie upijając się w scenach alkoholowego odurzenia Rio, aby nadać im realizmu – a co za tym idzie także znacząco przewyższając początkowy budżet, Brando nagrał taśmy aż na pięć godzin. Sporo z nich zostało potem zniszczonych, kiedy studio w końcu odebrało mu władzę, a on sam odciął się od produkcji. Film ukończyli zatem na szybko wynajęci rzemieślnicy, następnie całość pocięto, przemontowano i zmieniono zakończenie.

I chyba tylko cudem problemy te nie odbiły się mocno na dużym ekranie. Oczywiście film wtopił pod względem finansowym (jedynie cztery miliony wpływów przy sześciu kosztów), jak i artystycznym (nieprzychylna w większości krytyka i praktycznie zero znaczących nagród), stając się dla Marlona Brando początkiem iście złej passy, którą odbił sobie dopiero za sprawą sukcesu Ojca chrzestnego dekadę później. Ale nie zmienia to faktu, że seans to naprawdę intrygujący, wciągający i zajmujący. To dzieło może nie najwyższej próby i wyraźnie nierówne, lecz mimo wszystko nietuzinkowe, inne, pełne niuansów, ciekawych detali oraz dwuznaczności. No i rewelacyjnie wręcz nakręcone, gdyż pod względem technicznym jest to absolutne mistrzostwo świata.

Zdjęcia są po prostu przepiękne.

Pomijam już rozbuchaną, odrobinę być może przedramatyzowaną muzykę Hugo Friedhofera, która przykuwa uwagę, ale bardziej zdaje się pasować do jakiegoś widowiska historyczno-kostiumowego aniżeli (anty)westernu. Niemniej zdjęcia Charlesa Langa – zrealizowane w technice VistaVision, którą wkrótce po premierze Paramount porzucił – warte są nie tylko otrzymanej nominacji do Oscara, ale też samej statuetki (pech chciał, że był to też rok West Side Story). Są po prostu przepiękne. Iście malarskie – acz bynajmniej nie będące jedynie sztuką dla sztuki – kadry dosłownie porażają głębią i szczegółowością. Dodatkowo Brando wie, jak korzystać z talentu operatora, nierzadko mówiąc obrazem więcej niż oszczędnymi dialogami, w których, swoją drogą, także znajdziemy sporo dobra. Już choćby przez wzgląd na te aspekty każdy fan gatunku powinien sięgnąć po ten zapomniany, ale bynajmniej nie zakurzony diament. Być może nieoszlifowany, ale nadal niezwykle wartościowy.

One-Eyed Jacks w karcianym slangu oznacza dosłownie waleta pik i kier, które drzewiej, jako jedyne w talii, uśmiechały się do nas jedynie z profilu, pozostawiając resztę swojej twarzy w cieniu, poza zasięgiem naszego wzroku, pozwalając tym samym na snucie domysłów. I knucie za naszymi plecami. Polskie tłumaczenie tytułu pozostaje jednak niegłupie, gdyż u Brando zemsta de facto przyjmuje niejedną postać. A to, jaką dokładnie, zależy już od nas samych…

Ostatnio dodane