Recenzje

DRAGONBALL: EWOLUCJA. Kiepski film o pajacach w kolorowych ciuchach

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Nie będę ukrywał faktu, że już w momencie pierwszych przecieków na temat planów przeniesienia na wielkie ekrany najpopularniejszej mangi Akiry Toriyamy, włos zjeżył mi się na głowie, a spocone dłonie zaczęły zsuwać się z komputerowej myszki. Mając w pamięci tajwańską niskobudżetówkę The Magic Begins, którą – pamiętam to jak dziś – oglądałem w oknie eksploratora w śmiesznie niskiej rozdzielczości i piekielnie słabej jakości jako zafascynowane „Dragon Ballem” dziecko – od razu zacząłem myśleć o pomyśle pesymistycznie, bezceremonialnie tłukąc różowe okulary zwolenników historii smoczych kul. Biegające bez sensu postacie oblepione plastikowo-styropianowo-silikonowymi wdziankami wołającymi o pomstę do nieba przez długi czas nękały mnie w sennych koszmarach. Gdy trauma ustała, jakiś jegomość znów wpadł na pomysł, by specyficzny świat kreślony przez japońskiego rysownika przenieść na inne medium, a niepokój powrócił, bo chyba nikt nie lubi patrzeć na to, jak wystawia się na pośmiewisko jego dziecięcych bohaterów.

Dragonball: Ewolucja nie odmienił mojego zdania na temat możliwości transkrypcji świata Toriyamy na realia filmu aktorskiego. Co więcej, z zażenowaniem stwierdzam, że autorzy zdecydowali się podryfować na fali popularności filmów dla nastolatków (patrz: Zmierzch) i niezgrabnie przerobić niesamowitą rzeczywistość z kart komiksu na słodziutki film o konsekwencjach, jakie niesie ze sobą dorastanie. Plastikowe kostiumy z The Magic Begins zostały zastąpione przez plastikowe postacie, stanowiące dziwną hybrydę wszelakich „Hannów Montanów” i bohaterów z kiepskiego science fiction.

W komercyjnym praniu ginie pierwowzór – mały, niesforny, wiecznie głodny i totalnie nieprzystosowany do funkcjonowania w społeczeństwie dzieciak, wychowany na równi przez dziadka i naturę (...).

Fabuła filmu rozgrywa się w uniwersum pierwszej części trylogii, w świecie Dragon Ball. Nie jest ona jednak wiernym odwzorowaniem którejkolwiek z historii składających się na sagę, a miszmaszem łączącym w sobie – często zupełnie niepowiązane w komiksie – elementy historii. Oto na Ziemi pojawia się pewien zielony Mutant o imieniu Piccolo. Z drugiej strony w niewielkim domku, wspólnie z dziadkiem parającym się nauką sztuk walki, mieszka nieśmiały, zagubiony Goku. Chłopak posiada nieprzeciętne umiejętności bojowe, ale nawet lata treningu pod okiem dziadka nie przysposobiły go do pojedynku z przybyszem z innej galaktyki. Przybyszem, o którym opowiadał dziadek. Ponoć Piccolo nie pojawił się na Ziemi po raz pierwszy. Ostatnim razem towarzyszyła mu bestia o imieniu Ozaru. Cała historia miała miejsce w momencie, gdy na nieboskłonie mogliśmy obserwować zaćmienie Słońca. Świat otarł się wówczas o coś na wzór biblijnej Apokalipsy. W czasach Goku Księżyc znów zbliża się do tarczy Słońca, dziadek zostaje raniony przez zielonego mutanta – losy Ziemi spoczywają zatem na barkach wkraczającego w życie chłopca. Jedyną deską ratunku mają być tytułowe smocze kule. Zebranie siedmiu artefaktów doprowadzi do pojawienia się smoka, który spełni każde najskrytsze marzenie.

Brzmi idiotycznie i zdaję sobie z tego sprawę, ale właśnie tak wygląda Dragonball: Ewolucja. W osiemdziesięciu pięciu minutach scalono ze sobą co najmniej cztery opowieści, składające się na pierwszą sagę trylogii. Skutkiem ubocznym zabiegu okazało się wypranie świata Goku z tego, co najcenniejsze – z niewybrednego humoru i niezwykłej wyobraźni Toriyamy. Komiksowy, a nawet animowany (pod okiem twórcy oryginału) Dragon Ball oferował odbiorcy coś więcej od prostej fabuły. Przyjemność obcowania z nim wynikała z możliwości kontaktu z bajkowym i niezwykle oryginalnym światem, jaki wyszedł spod ręki Japończyka. Ze światem, gdzie obok ludzi na równych prawach żyły zwierzęta o magicznych właściwościach, gadatliwe i sprośne świnie, przygłupawe dinozaury, ekscentryczni mistrzowie sztuk walk i kosmici. W takich realiach prosta historia zakładająca interwencję istot pozaziemskich w świat, jaki znamy z autopsji, broniła się wręcz doskonale. Kupowaliśmy to, bo nie słyszeliśmy żadnych zgrzytów. Cała maszyna od początku do końca była zaprogramowana na odbiorcę, który potrafi poruszać się po meandrach ludzkiej fantazji.

Ostatnio dodane