Recenzje

DOWNTON ABBEY. Na czyjej smyczy chodzi król Jerzy?

Czy naprawdę chcielibyśmy żyć w świecie, w którym służący codziennie zakłada nam szlafrok?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Angielska szlachta to zmęczony, płytki świat ludzi wyzutych z chęci cieszenia się życiem. A mogłoby się wydawać, że mają wszystko.

Reżyser zaprezentował więc ludzi, którzy nie wierzą w siebie, a ich świat zamknął się i zbudował cały swój sens na pochylaniu głowy przed panem, jakby to był Bóg. Bo w gruncie rzeczy to ta sama relacja, którą może rozbić dopiero zaakceptowanie swojej radykalnej inności i wolności, choćby za cenę życia w ukryciu. Tak, zgodnie z obecnie panującą modą i w Downton Abbey pojawia się wątek homoseksualny. Znaczące jest też to, że przeżywają go dwaj kamerdynerzy, pochodzący z wzajemnie podzielonych światów, chociaż cały czas zamknięci w obrębie służby wysoko urodzonym. Tylko ich rzeczywistości mają szansę się porozumieć, współistnieć, bo ich zachowań nie ogranicza niemalże rytualna forma przypisana szlacheckiemu urodzeniu. Dla przypomnienia dodam tylko, że akcja filmu dzieje się w 1927 roku, a homoseksualizm w Wielkiej Brytanii był przestępstwem aż do 1967 roku (Anglia i Walia). Szkocja zalegalizowała kontakty jednopłciowe dopiero na początku lat 80. Pośród tej laurkowej pochwały konserwatywnej w owych czasach monarchii zaplątał się gdzieś wątek równościowy. Przypadkiem czy może celowo? Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby któryś ze służących był czarnoskóry.

Co do tak zwanych wyższych sfer, przynajmniej w pełnometrażowej wersji nie ma w nich nic, co mogłoby zainteresować. To płytki świat ludzi zmęczonych i wyzutych z chęci cieszenia się życiem. A mogłoby się wydawać, że mają wszystko, niewiele robią, spędzają czas na balach i polowaniach. Sami nie są w stanie nawet założyć szlafroka. Wraz ze zmianami społecznymi w Europie ich poukładany świat dobiega jednak końca. Ileż można bawić się na czyjś koszt? Najpierw totalitaryzm, a później kapitalizm wymusił zmiany w sposobie życia. Może są tacy nudni, ponieważ stanowią elementy, na których oparł się system, niemal jak ten penitencjarny na więźniach. Wolę więc myśleć, że taki był zamysł, a nie jest to psychologiczna dziura w scenariuszu. Gdyby nie Maggie Smith i Imelda Staunton jako Lady Bagshaw, czułbym się jak na tanim przedstawieniu, gdzie aktorzy ledwo co nauczyli się swoich kwestii, więc mogą je tylko precyzyjnie wyrecytować, ale nie dramatycznie zagrać. Na czele sztywniaków znalazł się niestety lord Grantham (Hugh Bonneville). Lepiej więc, żeby byli skostniali z reżyserskiego założenia, by mogli stanowić przeciwwagę dla tego świata w podziemiach Downton Abbey, gdzie istnieje prawdziwe, gorące i namiętne życie. Gdzie proletariat nie ma problemu z mówieniem tego, co czuje, chociaż jest to jednowymiarowe, ani nie przeżywa żadnych wątpliwości w ocenianiu swojego świata. To ci prości ludzie są fundamentem, który nie pozwala rozpaść się całej filmowej rzeczywistości, niewidzialnym powrozem spinającym razem wszystkich tych niewolników z wyższych sfer na czele z parą władców (Jerzy i Maria), zesztywniałych chyba najbardziej.

Czy więc smycz króla należy do niego? Czy faktycznie na niej kogoś trzyma, czy ktoś trzyma jego? A może trzymają go na niej niziny społeczne. Wszyscy ci właśnie, którzy sikają po nogach na jego widok, jak ten lokaj, Joseph Molesley (Kevin Doyle), który miał odwagę powiedzieć coś od siebie do królewskiej pary. Króla wtedy zamurowało. Na chwilę zerwał się ze swojego powrozu. Może chciał zaatakować, ale w końcu nie mógł. Był zbyt słabym władcą, żeby sprzeciwić się status quo i zbliżyć do „plebsu”. Bynajmniej nie mam na myśli braku siły psychicznej, a ograniczone możliwości intelektualne. Król Jerzy był po prostu na to za głupi. I pod tym względem Downton Abbey nie jest żadną laurką dla niego, a raczej wizualnym paszkwilem. Wystarczy spojrzeć w mętny wzrok Simona Jonesa. Nie ma w nim nic, co mogłoby przypominać jakąkolwiek abstrakcyjną myśl sięgającą dalej niż polowanie, zbieranie znaczków czy podniecanie się erotycznymi czytadełkami. Pacynka na czele kukiełkowej monarchii, którą rządzi z tylnego fotela służba. Przypomina wam to coś z naszego podwórka? Chociaż my własnych królów już dawno pochowaliśmy.

Ostatnio dodane